List do D.

dem_35

Panowie, do roboty, czas najwyższy dopracować kolejne numery, wchodzić do studia, wydobyć je na światło dzienne, wypluć je z siebie ku radości własnej i wszystkich fanów.

[more]

*

Mam znajomego, który od wielu lat twierdzi, że Dżem powinien dać już sobie spokój. Nie dyskutuję z nim, gdyż, po pierwsze, każdy ma prawo do takich czy innych sądów, a po drugie – rozmowa byłaby niemerytoryczna, ponieważ wiem, że nie zna nagrań grupy z ostatnich kilkunastu lat. A jednak ta myśl o odwieszeniu instrumentów na kołki pojawiła się w mojej głowie przy okazji najnowszego wydawnictwa – dostępnego w kilku wielopłytowych wersjach.

No bo tak: Maciej Balcar jest wokalistą Dżemu 

od 2001 roku,

czyli, chwalić Boga, lat czternastu. Przez ten czas na świat wyszły tylko dwa krążki grupy z premierowym materiałem: 2004 i Muza (ta akurat w rozmiarach, mierząc analogową miarą, dwupłytowego albumu). No dobrze, nie jedyny to taki przypadek, jeśli pod lupę wziąć zespoły z kilkudziesięcioletnim stażem estradowym. Pewien problem pojawia się, gdy spojrzeć, ile w tym samym czasie ukazało się pozycji koncertowych: Zabrze, Woodstocki, obficie wypakowane pudełka na trzydziestolecie oraz „Dżem symfonicznie” – i teraz znowu kolejny jubileusz. A już za cztery lata czterdziestolecie…

Uff, dużo tego, dużo kolejnych wersji od lat dobrze znanych z repertuaru koncertowego utworów. Te proporcje między krążkami studyjnymi i na żywo są już od paru lat mocno zachwiane. I aż ciśnie się na usta: „Co, znowu zapis koncertu?!”. Tyle tylko, że po chwili namysłu w sklepie, którą wybrać wersję, pudełko trzymam w dłoni i maszeruję do kasy. Może – bodaj pierwszy raz – bez dreszczyka emocji wkładam płyty do samochodowego, a potem domowego odtwarzacza. Lecz to tylko – okazuje się – wstęp do tego, by z każdą minutą słuchać uważniej i… powoli mięknąć. Wtapiać się w te dźwięki i znów zachwycać w najbardziej porywających chwilach.
Bo pal licho ente wersje Wehikułu czasu i paru innych utworów obecnych w każdym koncertowym zestawie, pal diabli te numery, które znamy na pamięć i niczym szczególnym nas i tym razem nie zaskakują. Nad nimi trzeba przejść do porządku jako nad pozycjami obowiązkowymi i odhaczyć. Po to, by ze szczególną uwagą 

pochylić się nad pieśniami,

których Dżem ma w repertuarze mnóstwo, a które w setlistach pojawiają się niezmiernie rzadko lub wcale. Utworów znakomitych i znakomicie – a jakże, to oczywiste – zagranych, odmiennie zaaranżowanych i wprowadzających sporo świeżego powietrza do całego czteropłytowego wydawnictwa. 

Wartością dodaną są utwory z płyt z Jackiem Dewódzkim wreszcie zaśpiewane przez Balcara (pominąwszy oczywiście ciągle wykonywany Zapal świeczkę), są porywające wykonania Ostatniego widzenia, Listu do M., Słodkiej czy Niewinnych,  są goście: z zagranicy Chris Duarte i Coco Montoya, big band pod dyrekcją Andrzeja Marko, orkiestra dęta kopalni „Staszic”, Partyzant – Krzysztof Toczko, a nade wszystko skrzypek Jan Gałach – jego granie stanowi szczególną przyprawę całości.

Można się zżymać na zespół, kręcić nosem nad nadmiarem publikacji koncertowych, a może – przede wszystkim – nad faktem, że tak rzadko docierają do nas nowe nagrania Dżemów. Bo wiemy, czujemy, słyszymy to po prostu, że ci faceci są wciąż w znakomitej dyspozycji, a to z kolei sprawia, że nie dopuszczamy nawet myśli, by mogliby uraczyć nas czymś słabszym. Więc czekamy, nasze 

czekanie

wystawiane jest na ciężkie, bardzo długie próby, tym dłuższe i bardziej podszyte lękiem, im bardziej czas pędzi do przodu, im bardziej czujemy, że nieuchronnie się kurczy, że nic nie może wiecznie trwać. I wołamy: Panowie, do roboty, czas najwyższy dopracować kolejne numery, wchodzić do studia, wydobyć je na światło dzienne, wypluć je z siebie ku radości własnej i nas wszystkich.

A tym, którzy ciągle gadają coś o odgrzewanych kotletach, powiedziałbym, że zdecydowanie pomylili adres. Żaden inny polski wykonawca spośród tych, co gdzieś w pierwszej połowie lat 80. wiedli rzędy dusz, nie radzi sobie tak dobrze do dziś; z szacunkiem mogę popatrywać jeszcze w stronę Perfectu, ale repertuar (ździebko starszej) Budki Suflera czy wokalistykę Janusza Panasewicza lepiej chyba przemilczeć. 

Ci, których muzyczne podniebienia ukształtowane zostały na soczystej wołowinie lat 60. i krwistym befsztyku kolejnej dekady, wśród nich i ja, nigdy nie znudzą się takim graniem. Nigdy nie miałem i nadal nie mam wątpliwości, że Dżem jako formacja anglosaska wymieniany byłby jednym tchem z Rolling Stones, Cream, Free, Allman Brothers Band czy Lynyrd Skynyrd. Los chciał, że panowie są stąd – dzięki czemu mamy ich blisko, znacznie bliżej niż wspomniane kapele. I gdy Jan Chojnacki znów kiedyś zapyta fanów: „I co na wieczność?”, to razem z tysiącami fanów krzyknę pełnym gardłem: „Dżem!”.

(Dżem, 35 urodziny, 2015)

[W NaTemat: 23 czerwca 2015]

Dodaj komentarz