No, Hey

hey_w_f

Hey to grupa, która od dawna już nie widzi powodu, by za tym czy owym nadążać, robi swoje, osobne, dyktuje własne warunki, nie wdzięcząc się do publiczności.

[more]

*

Ostatnio ukazały się koncertowe wydawnictwa dwóch legendarnych już formacji w naszym kraju, Heya i Dżemu. Zespołów, które wymieniłbym zaraz na początku, zapytany o ukochanych rodzimych wykonawców. Zacznę od albumu tego pierwszego, bo ujrzał światło dzienne odrobinę wcześniej i także cztery dni szybciej znalazł się w mojej szufladce.

*

Katowice doczekały się imponującej siedziby NOSPR, zaprojektowanej w studiu Tomasza Koniora, Szczecin natomiast równie fantastycznego obiektu Filharmonii Szczecińskiej. Obie budowle prezentują się na wskroś nowocześnie, choć pierwsza z zewnątrz przykuwa uwagę klasyczną bryłą prostopadłościanu z cegły i szkła, druga natomiast obłędną bielą i zwielokrotnioną strzelistością formy. Budynek filharmonii otrzymał niedawno prestiżowe wyróżnienie Unii Europejskiej – nagrodę imienia Miesa van der Rohe. Projekt powstał w barcelońskiej pracowni Alberta Veigi i Fabrizzia Barozziego. Z jednej strony XXI wiek, a z drugiej duch A. Gaudiego – co stwierdzam po niedawnej wizycie w stolicy Katalonii – jest tu bardzo widoczny. Fotografie umieszczone wewnątrz pięknie wydanej książeczki – okładki płyty zdecydowanie zachęcają do bliższego zapoznania się z nową siedzibą FS.

*

Hey w ostatnich latach budzi moje ambiwaletne uczucia. Nadal zachwyca na płytach, mimo iż dokonało się radykalne odejście od mocnych brzmień gitarowych, natomiast zupełnie nie potrafię odnaleźć równie wielkich emocji w odbiorze tej muzyki na żywo. Ustawianie programu koncertu niejako pod woltę stylistyczną, pod „klawiaturowe” przearanżowanie starych, bardzo nielicznych zresztą w setliście numerów, budzi moje watpliwości. 

Zawsze nieufnie podchodziłem do podobnych zmian, gdy rasowy zespół rokendrolowy uciekał w elektronikę: Queen na początku lat 80. czy dekadę później U2; zastanawiało mnie, jak godzą się na to tacy gitarzyści jak Brian May. Śmiem twierdzić, że Hey – powtórzę: na płytach – radzi sobie znacznie lepiej od słynnych wyspiarzy, ale trudno mi pojąć, dlaczego starsze kawałki na koncertach pozbawia się mocy gitar Żabiełowicza i Chrzanowskiego. Albo: po prostu nie odnajduję tych wielkich emocji, jakie towarzyszyły mi podczas występów grupy przed laty. Tej decybelowej adrenaliny nie udało się zastąpić komputerami.

*

Patrzę w książeczkę, zerkam na daty i kolejny raz myślę sobie, że dożyliśmy wspaniałych czasów. W niewiele ponad dwa miesiące od występów na żywo ukazuje się przepięknie wydana ich rejestracja. To coś, o czym kiedyś mogliśmy tylko pomarzyć, bo cykle produkcyjne ciągnęły się i rwały jak guma do majtek krajowej produkcji. Zazdrośnie popatrywaliśmy wtedy na Zachód, gdzie wszystko miało tempo, gdzie anonsowano dzień ukazania się danej płyty. 

Mamy to już od lat także i w Polsce: odpowiedniej klasy sprzęt nagrywający, edytorstwo na poziomie nieodbiegającym od światowego ani na milimetr (można by się czepiać jedynie korekty, bo trafiają się literówki czy – czasem, o zgrozo – błędy ortograficzne). Jest więc pięknie.

Hey w filharmonii. Szczecin Unplugged.

Sześćdziesiąt siedem minut muzyki nagranej przez sekstet Hey z mniejszym niż w przypadku MTV Unplugged (2007), dziewięcioosobowym, ze szczególnym uwzględnieniem dęciaków, składem muzyków filharmonii. A jednocześnie – swego rodzaju odwrócenie biegunów, ponieważ zawartość krążka to przede wszystkim utwory z ostatnich dwóch płyt i tym razem elektroniczne aranże studyjne zamienione zostały na brzmienia analogowych instrumentów. 

Całość może nie porywa, zwłaszcza przy pierwszym słuchaniu, ale warto pochylić się nad tym materiałem, wsłuchać w niego na spokojnie i – być może – rozsmakować. Palcem szczególnie uparcie wskazuję na dawne rzeczy, r.e.r.e (coś tu z ducha słynnych Fiołków i róż Ewy Demarczyk) i Wczesną jesień ze znakomitego „Pytajnika”, których odmienne brzmienie to szczególnie nowa jakość na płycie. Jestem przekonany, że tego typu podejście do materii muzycznej sprawia, iż płyty równie dobrze będzie się słuchać za lat pięć czy dziesięć.

*

Od 1992 roku grupa cały czas prezentuje poziom, o którym większość może tylko marzyć. Hey to jedna z nielicznych na rodzimym rynku instytucji – formacja, która od dawna już nie widzi powodu, by za tym czy owym nadążać, robi swoje, osobne, dyktuje własne warunki, nie wdzięcząc się do publiczności. Fakt, że jest to dziś muzyka ludzi po czterdziestce, już nie tak gniewna jak kiedyś, lecz wyciszona, w żadnym wypadku nie powinien być argumentem na „nie”. Wciąż jest w niej bowiem to, co najistotniejsze: świetne teksty i dobre, bardzo dobre kompozycje, jest puls i swing. Jako fan kapeli mogę tylko powiedzieć, parafrazując frontmankę: „No, dziękuję bardzo!”.

Ciesząc ucho znanymi już nagraniami w odmiennych aranżacjach, czekam z niecierpliwością na zapowiedziany na listopad nowy studyjny krążek grupy. Podobno ma być zaskoczeniem. Jazzu Hey raczej grać nie będzie, bardzo więc jestem ciekaw, co zaproponuje teraz – jakie rockowe drzwi otworzy, którą uchyli szufladę.

(Hey, Hey w filharmonii. Szczecin unplugged, 2015)

[W NaTemat: 18 czerwca 2016]

Dodaj komentarz