The One and Only – Mr. Joe Cocker

cocker_live

„Please, give a very warm welcome: to the One… and Only – Mr. Joe Cocker!” – tak 5 października 1989 roku w Memorial Auditorium w Lowell w stanie Massachusetts konferansjer wywołał na scenę gwiazdę wieczoru.

[more]

Album zawierający trzynaście utworów zarejestrowanych podczas tego koncertu oraz dwie premierowe piosenki ukazał się w maju następnego roku i szybko został zaprezentowany w Polskim Radiu.

Zwariowałem – materiał mnie zachwycił. Drugi raz zwariowałem, gdy zorientowałem się, że podczas nagrywania mój magnetofon kasetowy odmówił posłuszeństwa. Wysiadł, jeśli dobrze pamiętam, wałek napędu, co powodowało raz po raz wolniejszy od przewidzianego przesuw taśmy. Wściekły, obiecałem sobie wtedy, że gdy odtwarzacz płyt kompaktowych pojawi się w domu, jednym z pierwszych zakupów CD będzie właśnie ten krążek.

Stało się to pół roku później. Pierwszym kompaktem była Pearl Janis Joplin, zaś drugim – właśnie album Live JC. Kilka miesięcy potem napisałem kilka zdań, zaś kartkę z nimi wsunąłem do książeczki:

*

Joe Cocker należy do bardzo rzadkiego w przyrodzie, a dziś prawie wymarłego gatunku śpiewaków o białym kolorze skóry, czarnym głosie i rock’n’rollowym sercu. Słychać to przede wszystkim w jego nagraniach koncertowych, kiedy, wraz z towarzyszącymi muzykami, daje z siebie absolutnie wszystko. Cocker powala siłą i autentyzmem swego głosu.

Jak to dobrze, że ktoś taki odnalazł się, wrócił, znów nagrywa i koncertuje ku radości milionów. Jak wspaniale, że ukazuje sie takie cacko jak album Live, który sumuje dokonania artysty od chwili powrotu, a jednocześnie wprost przenosi nas w złote lata rocka za sprawą With A Little Help From My Friends – czy trzeba dodawać, że w porywającej wersji?

Właśnie, Cocker mało komponuje, śpiewa zwykle utwory cudze, bywa że znane z innych, wielkich wykonań (jak wspomniany wyżej). Sądzę jednak, że nawet gdyby wziął na tapetę jakąś arię Verdiego, to byłby to bardziej Joe niż Giuseppe.

Na deser mamy na płycie dwa nowe, studyjne utwory. Też dobre, ale jakże skromnie brzmiące w porównaniu z „wykopującą’ resztą. Oto Cocker właśnie.

*

Wtedy, przed laty, na gorąco, moimi faworytami były dynamiczne Shelter Me, When The Night Comes oraz rewelacyjne wykonanie With A Little Help From My Friends. Dziś wskazywałbym, obok – bezdyskusyjnie – klasyka Lennona i McCartneya może raczej takie numery jak Hitchcock Railway czy High Time We Went, pod którym podpisany jest – rzadkość! – sam Cocker wraz ze swoim wiernym kompanem Chrisem Staintonem (nb. tą pieśnią w ostatnim okresie kończy swe występy Eric Clapton). Może po latach płyta nie wyzwala we mnie emocji największych, ale dowodzi wielkiej formy mistrza i całego zespołu.

*

Joe Cocker zmarł dwa dni przed Wigilią 2014 roku, w wieku siedemdziesięciu lat. Nie wejdzie już do studia, by nagrać kolejnych kilka czy kilkanaście piosenek, nie zagra koncertu. Nie zobaczymy go, jak w bardzo charakterystyczny sposób – rokendrolowo, a trochę dragowo i delirycznie – kiwa się przed mikrofonem. I znów zrobiło się smutniej, znów tak bardzo żal…

[W NaTemat: 14 stycznia 2015]

Dodaj komentarz