Skandynawska asceza: Bobo Stenson

bobo

„Kupuję” tę powściągliwość w dobywaniu kolejnych dźwięków. Momentami zdecydowanie bardziej klasyczną niż jazzową urodę melodii. Ta niespieszność mości się pod skórą i czyni mnie na jakiś czas łagodniejszym człowiekiem. I jako jazzowemu profanowi jest mi w gruncie rzeczy obojętne, czy ktoś uznaje tę estetykę, jakże inną od wzorca amerykańskiego, za jazz dla maluczkich, „łatwiejszy”.

[more]

*

Dokuczliwy jest brak narzędzi, dzięki którym mógłbym choć w miarę swobodnie pisać o jazzie. Lecz przecież jest jeszcze to coś, coś podstawowego i istotnego – mianowicie emocje, które wyzwala w człowieku muzyka. I jeśli są one pozytywne, tym chętniej przychodzi się nimi dzielić.

W trakcie blisko półtoragodzinnego koncertu zastanawiałem się, na ile

pianistyka jazzowa 

weszła w kompetencje tzw. muzyki poważnej – fortepianowej, ile wyrwała z tego akurat muzycznego tortu dla siebie. To pewnie takie rozważania na poziomie szkoły podstawowej, ale gdzieś tam u ich początku pozostaje pytanie, gdzie urywa się świat nienagannych interpretacji klasyki, a gdzie zaczyna nieograniczone szaleństwo muzyki improwizowanej, częstokroć z równie bajeczną techniką, choć pojmowaną nieco inaczej. I czy – wreszcie – do historii muzyki fortepianowej wiek dwudziesty wniósł więcej od strony klasycznej, czy też może jednak jazzu.

*

Niskie na ogół temperatury panujące w Skandynawii przekładają się częstokroć na podobnie stonowane klimaty filmowe, literackie czy muzyczne. A nam, Polakom, jakoś dziwnie blisko było do Bergmana, zaś wspólpraca rodzimych jazzmanów ze Szwedami czy Norwegami ma już liczącą parę ładnych dekad tradycję. Lecz jak popatrzeć na mapę Europy, to przecież okazujemy się raczej ludem Północy niż Południa. W tym upatruję tej szczególnej 

bliskości

– na przykład Komedy i Carlsona, Możdżera i Danielssona, Tria Marcina Wasilewskiego i Mildera czy Stańki i Stensona.

*

Wśród tych, którzy wywarli największy wpływ na Bobo Stensona, dziś już siedemdziesięcioletniego pana, wymienia się przede wszystkim Billa Evansa, a także młodszego od Szweda o rok Keitha Jarreta. Stenson od lat stoi na czele swojego tria, natomiast w CV ma współpracę z takimi gigantami, jak Sonny Rollins, Stan Getz, Gary Burton czy Don Cherry. Legitymuje się wspólnymi płytami z m.in. Janem Garbarkiem, Charlesem Lloydem oraz Tomaszem Stańką.

*

Mnie to bierze, chwyta za serce, kupuję tę 

powściągliwość

w dobywaniu kolejnych dźwięków. Momentami zdecydowanie bardziej klasyczną niż jazzową ładność melodii. Ta niespieszność mości się pod skórą i czyni mnie na jakiś czas łagodniejszym człowiekiem. Dobrze mi z taką muzyką. I jako jazzowemu profanowi jest w gruncie rzeczy obojętne, czy ktoś uznaje tę estetykę, jakże inną od wzorca amerykańskiego, za jazz dla maluczkich, „łatwiejszy”.

Ta asekuracja jest poza tym zupełnie zbędna. Wprowadzaniem pewnych nazwisk polskich czy skandynawskich, w tym Stensona, na salony, do ekstraklasy europejskiej czy światowej zajęli się  już dawno temu inni – biegli w meandrach sztuki jazzowej. Ci natomiast, którzy – jak ja – wybrali się 9 grudnia wieczorem do siedziby NOSPR w Katowicach, zostali przez pianistę wyrwani na godzinę z okładem z rzeczywistości i przeniesieni w lepszy świat. A to warte jest znacznie więcej niż dwadzieścia pięć złotych wydane na bilet. 

(Bobo Stenson solo, NOSPR Katowice, 9 grudnia 2014)

[W NaTemat: 21 grudnia 2014]

Dodaj komentarz