
Zamiast statecznego Mikołaja z chłodnej Laponii wielu wybiera w tym roku drobnego faceta w szkolnym mundurku z gitarą w rękach. Który czterdziesty już rok uczęszcza do czwartej klasy podstawówki, tyle że po drodze zrobił już co najmniej doktorat z rollologii. I chrzani cały obrzydliwie poważny świat, nadal biegając po scenie w krótkich spodniach.
[more]
*
Przyjemnie wsiada się po dłuższej przerwie do co prawda nienowego, ale sprawdzonego w różnych sytuacjach samochodu. Ręce natychmiast odnajdują swoje miejsce na kierownicy i lewarku skrzyni biegów, kręgosłup bez zdziwienia dotyka oparcia fotela. Okres rozbratu z pojazdem uświadamia tylko, jak nam w nim dobrze. Zwłaszcza że silnik, mimo sporego przebiegu, pracuje bez zarzutu, a wręcz zdecydowanie lepiej, niż to niejednokrotnie zdarzało się w przeszłości.
Warto było czekać długich sześć lat na takie
niewiele ponad pół godziny.
Bo taki rozmiar albumu i okołotrzyminutowe piosenki to powrót do źródeł, do lat 50. Całość zaczyna się, jakże by inaczej, od świetnego riffu, a chwilę potem Johnson rzuca: „Hey yeah, are you ready? We be a good time band (…) You hear the guitar sound, playin’ nice and loud” i wiadomo, że wszyscy są u siebie: ci, co grają, i ci, którzy chcą tego słuchać – „In rock we trust”.
Formy można tylko pozazdrościć, toteż zamiast statecznego Mikołaja z chłodnej Laponii wielu wybrało w tym roku drobnego faceta w szkolnym mundurku z gitarą w rękach. Który czterdziesty już rok uczęszcza do czwartej klasy podstawówki, tyle że po drodze zrobił już co najmniej
doktorat z rollologii.
I chrzani cały obrzydliwie poważny świat, nadal biegając po scenie w krótkich spodniach. A egzemplarze płyty sprzedają się jak ciepłe bułeczki.
Ech, łza się w oku kręci. Jestem z tego pokolenia, które w szczenięcych latach emocjonowało się m.in. trójwymiarowymi pocztówkami, a te czasami znajdowały się w posiadaniu kogoś z koleżeństwa (emocjonowało tak samo jak puszkami po piwie czy opakowaniami po papierosach). Takie kartki były wtedy rarytasem, jednym z symboli zgniłego i nieosiągalnego Zachodu. Umieszczenie czegoś podobnego w roku 2014 na okładce płyty zdaje się dowodzić, iż nostalgia może dopaść też i ludzi, którzy całe swoje życie spędzili w kapitalistycznym systemie.
Nowy materiał AC/DC to bardzo udana podróż w czasie – zwyżka formy jest tak znacząca, iż w kilku miejscach porównania z najlepszymi płytami zespołu nasuwają się same. To naprawdę wzruszające, że niemłodzi dziś panowie wciąż potrafią wykrzesać z siebie tyle świeżości, tyle chłopięcej energii. No i
ten swing, ten blues
znów tak wyraźnie wyczuwalny – zwłaszcza w rewelacyjnych Got Some Rock & Roll Thunder czy Hard Times. Natomiast Rock The Blues Away brzmi jak cover utworu Creedence Clearwater Revival, a głos Johnsona jest wręcz do pomylenia z Fogertym. Gdy pierwszy raz usłyszałem ten kawałek, gęba natychmiast rozjechała mi się w uśmiechu.
*
Na piecu rozgrzanym do czerwoności stoi garnek z podskakującą radośnie pokrywką. W środku – niby od lat znana potrawa, ale ciągle należąca do szczególnie ulubionych. I widać, że tym razem kawał mięsa jest wyjątkowo soczysty, a jarzyny wiosennej świeżości. Roznoszący się wokół zapach zapowiada prawdziwą ucztę.
Rock Or Bust to jedenaście krótkich, w większości brawurowo wykonanych numerów. Słuchając ich, znów czuję tę niczym nieskrępowaną radość w środku, mam poczucie, że muzyka to jedyna, ale absolutnie niezbędna mi do życia adrenalina. I że nic tak nie podkręca pulsu, jak męskie, pierwotne, atawistyczne polowanie na świetne riffy. Angus Young już dawno – zaryzykowałbym nawet, że od czasów Back In Black – nie czynił z gryfu gitary elektrycznej aż tak dobrego użytku. A reszcie formacji nie pozostało nic innego, jak równać do jego poziomu.
(AC/DC, Rock or Bust, 2014)
[W NaTemat: 14 grudnia 2014]