
Konfekcja w jazzie jest zdecydowanie bardziej bolesnym doznaniem niż w przypadku innych gatunków muzycznych. Popowa miazga produkowana na tony w manufakturach nagraniowych całego świata niewarta jest więcej ponad wzruszenie ramion. W odniesieniu do jazzu ból nie jest jednak udawany, spreparowany przy komputerze, a dobywa się z trzewi.
[more]
Moja pierwsza wizyta w niedawno otwartej
siedzibie NOSPR w Katowicach,
budowli zrodzonej w mękach także finansowych, acz bardzo pięknej i zachwycającej tak z zewnątrz, jak i w środku, miała miejsce 11 listopada – i był to koncert Marka Bałaty w Sali Kameralnej. Koncert, w programie którego pojawiły się opracowania utworów Fryderyka Chopina.
Czas świetności Bałaty to dość odległe lata. Wespół z Lorą Szafran wygrywał on klasyfikacje „Jazz Forum” na najlepszego śpiewaka jazzowego w Polsce już parę dziesiątków lat temu. A jeśli nadal sytuuje się w ścisłej krajowej czołówce, dowodzi to przede wszystkim maleńkiej konkurencji na tym polu. W ten sposób z niejakimi obawami udawałem się na koncert.
Głos wciąż robi wrażenie. Spore. Ale poza nim absolutnie nic. Już takim jestem muzykofilem-dziadem, że o wiele łatwiej wybaczam orientację seksualną od politycznej, zwłaszcza gdy tak bardzo zaangażowanej (kto chce, niech wygoogluje
Bałatę
i znajdzie artykuł o nim w wikipedii). A przede wszystkim moje ucho nie wybacza: tego, że nie rozumiem, nie słyszę słów śpiewanego tekstu, gdy ten sporadycznie się pojawia, nie wybacza ojczyźniano-wolnościowych grepsów świętokradczo połączonych z Chopinem oraz – ni z gruchy, ni z pietruchy – Summertime i My Funny Valentine na bisy. Nie wybacza muzykom wielu lat nauki w szkołach muzycznych, wyższych na koniec, służących do tak niecnych artystycznie celów, jak na przykład zestaw utworów tego koncertu na okoliczność święta narodowego zaserwowany prawie całkiem bezokolicznikowej, czasem rozpaczliwie upozowanej na zesnobowaną publiczności.
Przy takich standing ovation zbiera mi się po prostu na wymioty, a skojarzenia widowniane z Patem Methenym same cisną się przed oczy. Pan Bałata zatrzymał się gdzieś całkiem na początku swej drogi, wciąż zapatrzony w Ala Jarreau, otaczający się, niestety, coraz bardziej gładkimi, wyślizganymi z czasem, wyświeconymi jak rękawy starego płaszcza jazzopodobnymi dźwiękami. Tylko solo Stana Michalaka na elektrycznym basie wyrwało mnie na kilka minut z objęć
znużenia i niesmaku.
Najjaśniejszym fragmentem tego koncertu był… opowiedziany przez lidera dowcip.Spotyka się trzech wielkich sadowników i zaczynają się przechwalać, który ma więcej pieniędzy.- Mógłbym kupić te wszystkie drzewka z renetami, koksą, rubinami i cortlandami – mówi pierwszy.- A ja mógłbym kupić te sady grusz ciągnące się po horyzont – powiada drugi. Na co odzywa się trzeci:- Ale przecież ja nic nie chcę sprzedawać!…
*
Powie ktoś, że sam jestem sobie winien, nikt przecież nie zmuszał mnie do pójścia na ten koncert. I będzie miał rację.
Dwie moje bardzo dobre studenckie koleżanki (z których jedna została trochę później moją żoną) zdawały w tzw. terminie zerowym wraz z jeszcze jednym kolegą egzamin z literatury angielskiej i amerykańskiej. U wtedy doktora, a po latach profesora i rektora Uniwersytetu Śląskiego Tadeusza Sławka, jednego z najwspanialszych nauczycieli, z jakimi dane było nam się zetknąć przez długie lata edukacji. Także poety i – wielkiego miłośnika muzyki rockowej ze szczególnym uwzględnieniem The Doors i Jima Morrisona.
Ów kolega, którego rozwój emocjonalny zatrzymał się na poziomie dwunastolatka, został zapytany o powieści grozy. I zaczął bajdurzyć tak nieprzytomnie, źle i głupio, że dziewczyny nie wiedziały, gdzie oczy podziać, a już zupełnie zrozpaczone popatrywały czasem na egzaminatora.
Ten, znudzony, spuścił na długie parę minut głowę, ale w pewnym momencie usłyszał:
– I wie pan, panie doktorze, ja się w ogóle nie bałem.
Wtedy wreszcie się wyprostował i rzekł:
– To interesujące, co pan opowiada.
I wpisał owemu studentowi „dostatecznie”, pewnie po to, by nie oglądać go więcej, zaś zdecydowanie wyżej ocenionym dziewczynom powiedział na koniec:
– A w przyszłości proszę lepiej dobierać sobie towarzystwo.
To jedna z najważniejszych lekcji w moim życiu, choć – na szczęście – nie dane było mi brać w niej bezpośredniego udziału. Tak ważna, a mimo to czasem zdarza mi się o niej zapomnieć.
[W NaTemat: 27 listopada 2014]