Człowiek orkiestra: Gaba Kulka

gaba_kulka

Klimaty najbliższe Kulce to z pewnością lata 70. i 60. – w tej właśnie kolejności. Piosenka, ale w najszlachetniejszym rozumieniu tego słowa: staranne aranżacje, świetne wykonania, mocno pokręcone – zwykle – faktury muzyczne, z którymi większość wykonawców nie tylko w naszym kraju miałaby szalone problemy.

[more]

*

Po koncercie, przy okazji zdobywania autografów na płytach, zapytałem artystkę, jak jej tata, słynny skrzypek i profesor Uniwersytetu Muzycznego w Warszawie Konstanty Andrzej Kulka, odnosi się do „niepoważnej” kariery córki. „Jest zadowolony – odparła – że nie ścigam się z nim, nie próbuję go gonić, co byłoby niezmiernie trudne”.

Ale przecież widać u Pani Gaby ten ogromny 

bagaż edukacji, 

nie tylko muzycznej, w każdym wydobywanym przez nią dźwięku – z instrumentu lub gardła, w każdym wypowiadanym zdaniu, a tych w przerwach między utworami nie skąpi słuchaczom. Widać wielką kulturę osobistą: przy ekstrawertycznej osobowości – ujmujący sposób bycia, zbawienny dystans do siebie, pokorę i subtelne poczucie humoru. Wielką kulturę muzyczną: lata pracy nad opanowaniem gry na wielu instrumentach, pracy nad głosem; świadomość wielowiekowej historii muzyki w jej klasycznym, poważnym wymiarze, ale i doskonałą znajomość pop music. I, po prostu, wielki talent – wspaniały, o wręcz nieograniczonych możliwościach głos, dający możliwość realizowania chyba każdego kompozytorskiego pomysłu, jaki jej przyjdzie do głowy (a przychodzi całe mnóstwo). No i wreszcie świetną dykcję.

Ta wiedza muzyczna w zakresie muzyki rozrywkowej dwudziestego stulecia i początku obecnego jest imponująca. Jak sama przyznała niedawno w „Tygodniku Kulturalnym” w TVP Kultura – wśród inspiracji wymienić należy w pierwszej kolejności The Beatles, ale zaraz potem padły nazwiska Kate Bush czy Tori Amos. I, zwłaszcza to pierwsze, przy Gabie Kulce pojawiać się będzie chyba zawsze. Rodzi się pytanie, pół żartem, pół serio, na ile podobieństwo barwy i osiagane rejestry powodują czy wręcz prowokują do pójścia nieodległą drogą artystyczną. Oraz uruchamiają – gdzieś kiedyś, na samym początku, podobną 

wrażliwość muzyczną.

Klimaty najbliższe Kulce to z pewnością lata 70. i 60. – w tej właśnie kolejności. Piosenka, ale w najszlachetniejszym rozumieniu tego słowa: staranne aranżacje, świetne wykonania, mocno pokręcone – zwykle – faktury muzyczne, z którymi większość wykonawców nie tylko w naszym kraju miałaby szalone problemy. Do tego wielki temperament, gnający ją ciągle do przodu, do kolejnych poszukiwań, a więc także nagrań w przeróżnych konfiguracjach personalnych. Pominę w tym miejscu niezliczone duety, a wspomnę jedynie o płytach – np. z Konradem Kuczem czy formacji The Saintbox. To pewnie dlatego przyszło nam czekać na jej autorski album z premierowym materiałem całe pięć lat. The Escapist to zbiór starannie opracowanych utworów rozpisanych najczęściej na fortepian, bas, saksofon i bębny. I takie też instrumentarium ujrzeli ci, którzy zjawili się w sobotę w katowickim Rialcie. 

Na początku usłyszeliśmy trzy utwory – nieco odjechane – z debiutanckiej solowej płyty Wojtka Traczyka, basisty zespołu, wspomaganego przez Kulkę oraz Roberta Rasza (bębny). To zrozumiałe, liderka chce pomóc koledze, a publiczność otrzymała swego rodzaju bonus. Potem jednak napięcie mocno siadło, gdyż muzycy zniknęli ze sceny i przyszło nam czekać długich bodaj dziesięć minut na właściwy koncert, a wszystko to – no właśnie – przy „dyskursie wewnętrznym” gwiazdy wieczoru puszczonym z komputera.

Ale warto było czekać. Mówiąc po piłkarsku, ze stanu 0-1 po samobójczym golu zrobiło się efektowne 4-1. Świetne 

piosenki z nowej płyty, 

a to one stanowiły lwią część programu koncertu, zabrzmiały jeszcze lepiej na żywo. Wszystko opierało się na dźwiękach pianina, basu (raz kontrabasu, raz gitary basowej), perkusji, do których w większości utworów dołączały niezwykle oszczędne i delikatne saksofony Michała Fetlera, a czasem ukulele bądź syntezator. 

I to jazzowe de facto instrumentarium znakomicie wpisuje się w szlachetną fakturę kompozycji Kulki. Która udowadnia, że niekoniecznie trzeba szukać nowych lądów, by mieć coś istotnego do powiedzenia. Przykładem tego, że artystka ma oczy i uszy szeroko otwarte, są też zawsze obecne w repertuarze jej koncertów covery. Tym razem, obok piosenek Petera Gabriela czy George’a Harrisona, na sam koniec usłyszeliśmy rewelacyjną wersję Keep Your Eyes Peeled Queens of The Stone Age. Ten kawałek to jeszcze jeden argument przemawiający za tym, by zapoznać się z nowym krążkiem Gaby Kulki, a także wybrać się na jej koncert.

(Gaba Kulka, The Escapist Tour, Rialto Katowice, 8 listopada 2014)

[W NaTemat: 10 listopada 2014]

Dodaj komentarz