U2 w krainie utraconej niewinności

U2_songs

I co mam zrobić z tą płytą, którą mam na myśli? Doprawdy, nie wiem. Wszystko byłoby dobrze, no, niech tam – nieźle, gdyby to nie było wydawnictwo sygnowane nazwą U2. Zespół o każdej innej nazwie, a już na pewno debiutujący, kazałby światu pochylić się nad jedenastoma utworami zasadniczej płyty.

[more]

Problem jednak w tym, że mamy do czynienia z jedną z ikon popkultury, której droga na szczyt wiodła przecież od strony surowych i ostrych dźwięków gitar. To, że U2 jest dziś

innym zespołem

niż trzydzieści lat temu, nie jest niczym dziwnym. Natomiast jest jakiś paradoks w tym, że kwartet, który w latach 80. przeprowadził rockowe granie przez mielizny pierwszej na taką skalę inwazji popeliny, który był jednym z tych, co pozwolił ocalić gitary od zagłady ze strony syntezatorów, dziś proponuje muzykę boleśnie gładką i homogenizowaną. Wypolerowaną tak bardzo, że problemem jest znaleźć w niej jakiś punkt zaczepienia, coś, co pozwoli zadumać się na chwilę, zawiesić w codziennych czynnościach, a może nawet – bo właściwie czemu nie? – zachwycić.

Mogę tylko przypuszczać, że gitara, bas i bębny wciąż przykrywane inżynierską, studyjną robotą, wydostaną się na przód sceny w trakcie koncertów. Że pojawi się wtedy w tych kawałkach trochę mocy i ognia. Nie za duża to jednak pociecha, gdy na co dzień przychodzi co najwyżej wkładać płytę – a nawet dwie płyty – do odtwarzacza. Gdy w parę, paręnaście dni po zakupie wciąż towarzyszy mi natrętne pytanie: czy coś z tego materiału zostanie za parę lat, jeśli już teraz tak bardzo rozczarowuje?

Mija pięć lat od wydania No Line On The Horizon. Otrzymujemy jedenaście nowych numerów, co daje przeciętnie niewiele ponad dwa utwory na rok. Jeśli „pieśni syna niewinności” wyglądają w ten sposób, oznacza to, że Edge’a, Bono i kolegów dopadła potężna niemoc twórcza. Że w ich głowach niemal zupełnie przestały się rodzić frapujące pomysły i melodie wyrastające ponad wszechogarniającą konfekcję. Smutne to, bo mamy swoistą powtórkę z rozrywki – już przed laty zespół odszedł od mocniejszych dźwięków i rozczarował sympatyków, w dodatku dwukrotnie: na albumach Pop i Zooropa, kiedy wdał się w nieudany artystycznie romans z elektroniką. 

Teraz rodzi się pytanie, czy irlandzki kwartet, wciąż wielka gwiazda, ma jeszcze coś istotnego do powiedzenia, czy też może powoli, ale ruchem stałym obsuwał się będzie coraz bardziej na

margines muzyki rockowej?

Starsi w zaokrągleniu o dwadzieścia lat The Rolling Stones też wpadali w różne dołki, nigdy jednak nie zdradzili istoty tego, z czego się poczęli – rokendrola. I, jak widać, dobrze na tym wychodzą. A może też, zwyczajnie, są znacznie bardziej od Irlandczyków utalentowani? Cała ta rozmyta w czasie oraz formach nośnika promocja nowego albumu U2 pozbawiona byłaby większego znaczenia, jeśli otrzymalibyśmy dobry, bardzo dobry krążek. Kiedy jednak taki sposób promocji odnosi się do tworu o zaledwie przeciętnym poziomie artystycznym, pozostaje tylko stwierdzić za klasykiem: tyle hałasu o nic.

A przecież chodzi o muzykę – i to nie tę szczególnie skomplikowaną; chodzi o pozytywne wrażenia, jakich kolejną porcję chciałbym jako stary fan otrzymać. Słucham, słucham, próbuję dosłuchać się dźwięków ponadprzeciętnych, takich, na których dłużej można zawiesić ucho. Może pierwszy numer, The Miracle (of Joey Ramone), w sumie przecież jest w nim mocna gitara? Hm, tak, jest nieźle. Ale potem ześlizgujemy się po gładkich, banalnych refrenach.

Mocniejsze riffy dopadają nas także w Cedarwood Road, ale żeby zachwycały, to bym nie powiedział. W muzyczną paranoję wpadam przy skądinąd poprawnym dziewiątym tracku, Sleep Like A Baby Tonight, gdzie tyle jest brzmień lat 80., które młodzi wtedy Irlandczycy nokautowali strunami swoich gitar. A teraz proszę, grają coś, co charakterystyczne było dla ich popowo-syntezatorowej konkurencji. Błahość Iris (Hold Me Close) oraz This Is Where You Can Reach Me Now obezwładnia mnie zupełnie. Takie numerki powinny ujrzeć światło dzienne ewentualnie za dwadzieścia lat, w nowym wydaniu starego albumu, jako odpady z sesji nagraniowej.

Na kłopoty Lykke Li,

trzeba by powiedzieć. Dopiero ostatni numer, z gościnnym udziałem szwedzkiej wokalistki – The Troubles – wybija się zdecydowanie ponad szarość tej płyty. Dowodząc przy okazji, że nie o moc gitar jedynie tu chodzi, a o szlachetny zapis nutowy i takąż jego realizację. Ale jedna pieśń to stanowczo za mało, by uratować całość.

I jeszcze, na koniec, słowo o okładce. Niech się członkowie, pardon, panowie z U2 cieszą, że wywodzą się z zielonej wyspy, a nie z nadwiślańskiego kraju. Bo jestem pewien, że starsi i młodsi dżendermeni z mojej ulubionej PUPY, czyli Parlamentarnego Ugrupowania Prawdziwych Polaków, domagaliby się zwołania komisji śledczej i nie tylko od Larry’ego Mullena Jra oczekiwaliby szczegółowych wyjaśnień.

(U2, Son gs of Innocence, 2014)

[W NaTemat: 26 października 2014]

Dodaj komentarz