
Hiszpania zaczyna prawdziwe życie wtedy, gdy Polacy dawno już zamknięci są w swoich fortecach wyposażonych w lodówki, piloty i komputery. Pieniądze można w Barcelonie wydawać w bardzo długo otwartych sklepach, a przede wszystkim do białego rana w niezliczonych knajpach i knajpkach.
[more]
*
Lato 1984. W podłódzkim Arturówku odbywa się zjazd młodzieży czerwonokrzyskiej z całego świata. Wśród uczestników znajduje się grupa hiszpańska, a jeden z młodzieńców nosi pełne wdzięku imię Jesus Maria.
W któryś z upalnych dni Hiszpanie nie mogą już zdzierżyć kompotu kolonijnego podawanego do obiadu. Proszą o wodę, czym wywołują najpierw konsternację, a zaraz potem popłoch wśród pań pracujących w kuchni.
Nie sposób opisać tego, co wymalowało się na twarzach przybyszów z Półwyspu Iberyjskiego, gdy po kilku minutach na stole pojawił się dzban pełen przezroczystego wrzątku.
*
2014, kilka dni w Barcelonie.
Codziennie niebo sprawia wrażenie, że nie ma szans, zaraz albo najdalej za godzinę spadnie deszcz. A tu nic z tego – na szczęście dla turystów – jedynie przejrzystość powietrza jest dość marna i zdjęcia próbujące objąć panoramę miasta niespecjalnie się udają.
Miasto, ze swym szeroko pojętym centrum, zdecydowanie do ogarnięcia na piechotę. Z wysokości chodnika widać więcej, lepiej można poczuć atmosferę BCN. Tu i ówdzie ślady historii najdawniejszej, rzymskiej, trochę tej przypominającej o szorstkim związku katalońsko-hiszpańskim, ale nade wszystko bezmiar zachwycających, bogato zdobionych i świetnie utrzymanych kamienic. Czy ich imponujący wygląd to tylko efekt ciepłych zim (w wynajmowanym mieszkaniu naturalnie nie znajdujemy z żoną żadnego grzejnika) i wolności od półwiecza komuny?
*
Antoni Gaudi,
oczywiście. Geniusz albo wariat. Trzeba być mocno odchylonym od normy, by pod koniec XIX i na początku XX stulecia porwać się na takie rzeczy. By nieokiełznaną, dziecięcą wyobraźnię urzeczywistniać w architekturze. A może wcale nie wariat, tylko – co dziś, z perspektywy czasu – podkreślają badacze jego dzieł – twórca w pełni współistniejący z naturą. Przecież te wszystkie pochylone drzewa z odłamanymi gałęziami, plastry miodu czy takie bądź inne żyjątka odwzorowane w kamieniu doskonale wpisują się w zasady sztuki budowlanej.
Nawet jeśli Sagrada Familia jest jeszcze jednym obiektem sakralnym, w odniesieniu do którego przychodzi się zastanawiać, czy powstał (a raczej ciągle jeszcze powstaje) na chwałę Boga, czy też jest skrajnym przypadkiem ludzkiej próżności i pychy – jest też absolutnie zachwycającą budowlą.
Jej iście barokowy – choć to modernizm – przepych i bogactwo dotyczy zdecydowanie bardziej tego, co widać z zewnątrz. Ilość wież, łuków i innych elementów zdobiących elewację, których jako całkowity ignorant nie potrafię nawet nazwać, wcale nie przytłacza. Gdzieś między nimi znajduje się jeszcze miejsce na płaskorzeźby stanowiące ilustrację wielu szczególnie ważnych dla chrześcijan biblijnych przypowieści.
Wnętrze, już gotowe, zachwyca równie mocno. Uświadamiam sobie, że całe jego bogactwo zaklęte jest w zastosowanych materiałach, w przepięknych witrażach, w grze świateł – tym, że właściwie nic tu dwa razy się nie zdarza. A przede wszystkim – że poza skromnym krzyżem z – bodaj – baldachimem – środek wolny jest od jakichkolwiek ozdób, dodatków innych niż te bardzo nieliczne stanowiące integralną część konstrukcji. Osiągnięcie takiego efektu w taki sposób musi więc być dziełem geniusza.
Tych bajkowych pomysłów Gaudiego jest w stolicy Katalonii więcej. Nieokiełznana wyobraźnia daje znać o sobie choćby w parku Güella. Tu obiekty mamy zdecydowanie mniejsze, za to rozsiane na sporej przestrzeni. Wpatrywałem się w te domki Baby Jagi, mając nieodparte wrażenie, że kiedyś zachwycił się nimi Friedensreich Hundertwasser, malarz, rzeźbiarz i performer, którego dom czy spalarnia śmieci stanowią wizytówki Wiednia. Który też, jak Gaudi, wystrzegał się linii prostych, geometrycznych pionów i poziomów.
*
Modernistyczny Pałac Muzyki Katalońskiej i muzeum Picassa – cóż za wspaniałe miejsca, fantastyczne połączenie starego i nowego w architekturze, kamienia i szkła – tak jak w amsterdamskim Rijksmuseum albo… Akademii Muzycznej w Katowicach.
Picasso i Miró.
Jeśli dyletant oglądający malarstwo po-impresjonistyczne, coraz dalsze od sztuki odwzorowującej rzeczywistość, ma raz po raz wrażenie, że „też bym tak potrafił”, to zapoznanie się z pracami nastoletnich przyszłych gigantów malarstwa, grafiki i rzeźby rozwiewa jakiekolwiek wątpliwości co do ich kunsztu, rzetelnych podstaw i znakomitego warsztatu. Cóż, jedni malowali portrety i pejzaże do końca swoich dni, inni – jak ci dwaj – zmieniali się z roku na rok, gdy popatrzeć na ich prace nasto- czy dwudziestoparolatków.
Odwiedzenie Fundacji Joana Miró było dla mnie wielkim przeżyciem. Także wzbudzającym w paru miejscach radosny śmiech, na przykład w jednej z rzeźb (dziś powiedzielibyśmy: instalacji) za męskie przyrodzenie robi porcelanowy – albo porcelitowy tylko? – biały wieszak na ubrania.
*
Muzyka
zaledwie nas musnęła. Przez cztery wieczory, jakie mieliśmy do dyspozycji, nie zdecydowaliśmy się pójść na żaden koncert. Pozostawało więc tylko przypadkowe słuchanie mnóstwa ulicznych grajków, wśród których przeważają – jakże by inaczej – gitarzyści. Z tą hiszpańską nutą w ich wydaniu bywa już różnie, grają, aby wpadło coś do otwartego futerału, a ponieważ słuchają ich ludzie z całego świata, więc nie brakuje doskonale znanych numerów z historii pop music – takich jak [i]Let It Be, Hotel California[/i] czy [i]Killing Me Softly[/i]. Są, którzy grają znakomicie, inni zaledwie tak sobie, wspomagając się jeszcze jakimś okropnym podkładem. Tuż przed opuszczeniem miasta, już w podziemiach metra, natrafiliśmy na starego Azjatę, który grał na jakimś ludowym instrumencie.
*
Nie byłem dostatecznie zdesperowany, by namawiać żonę do obejrzenia
Camp Nou
od środka za drobne dwadzieścia trzy euro od osoby. Ale kręcąc się po Les Corts dotarliśmy pod jeden z najsłynniejszych stadionów na świecie. Może wizualnie, z zewnątrz, olbrzymi kompleks nie robi dziś szczególnego wrażenia, ale i tak w głowie natychmiast pojawia się myśl, w jak magicznym dla każdego miłośnika futbolu miejscu się stoi.
Imponująco przedstawia się z pewnością Botiga. Niezły mi „butik” – wielki, dwukondygnacyjny market, w którym można zaopatrzyć się chyba we wszystkie przedmioty codziennego użytku – z emblematem FC B. Miłość do Barçy można wyssać z mlekiem matki oraz potem rozemocjonowanego ojca, ale nie ma przeszkód, by dodatkowo wzmocnić ją stosownym smoczkiem czy śliniaczkiem.
*
Barcelona to
inne południe
niż na przykład Rzym. I miasto mniejsze, choć wcale niemałe, i ludzie nieco inni. Rzym jest hałaśliwy, agresywny, pełen klaksonów i żebraków. W stolicy Katalonii – nie tylko na najsłynniejszej La Rambli – ruch jest olbrzymi i pełen, co oczywiste w tym klimacie, jednośladów. Ale o ekskluzywne marki samochodów czy najelegantsze modele popularnych marek dość trudno. Tak pewnie jest od dawna, nie tylko od czasu, gdy znacznie więcej mówi się o kryzysie gospodarki hiszpańskiej. W tym zatłoczonym mieście nikt jednak nikogo nie pogania. Przechodzenie na czerwonym świetle nie jest zbrodnią, a kierowcy bez oznak zniecierpliwienia przepuszczają łamiących przepisy przechodniów.
Podobnie jest w innych sytuacjach. Wieczorną już porą staliśmy na dużym skrzyżowaniu, czekając na zmianę świateł. Z ulicy, pomiędzy pieszymi, zjechała skuterem na chodnik pani. Zainteresowany jakimś budynkiem, postanowiłem wyjąć aparat i zrobić zdjęcie. Nie zauważyłem, że stoję tam, gdzie wśród innych jednośladów zmieści się jej pojazd. A ona bez jakichkolwiek oznak zniecierpliwienia poczekała, aż cyknę fotkę i zrobię jej miejsce. I takich sytuacji, o które znacznie trudniej u nas, wśród sfrustrowanych rodaków, było codziennie całkiem sporo.
*
Hiszpanie
podbili kiedyś kawał świata. Być może im, w wielu przypadkach przystojnym, było to łatwiej zrobić niż aryjskim typom zza zachodniej granicy. Patrząc jednak na nich, nie sposób oprzeć się wrażeniu, że najbardziej lubią dziś podboje stolikowe, no i zapewne łóżkowe. Hiszpania zaczyna prawdziwe życie wtedy, gdy Polacy dawno już zamknięci są w swoich fortecach wyposażonych w lodówki, piloty i komputery. Pieniądze można w Barcelonie wydawać w bardzo długo otwartych sklepach, a przede wszystkim do białego rana w niezliczonych knajpach i knajpkach.
Jest w tych ostatnich głośno, gwarno, momentami hałaśliwie, ale pijanego nie widziałem nikogo. Życie towarzyskie kwitnie, ludzie witają i żegnają się bardzo serdecznie, widok cmokajacych się w policzki facetów nikogo nie dziwi. Cóż, w Polsce, we wrześniu, po zapadnięciu zmierzchu temperatura gwałtownie opada. Tam o dwudziestej drugiej są nadal dwadzieścia cztery stopnie. Kto by więc siedział w domu, nawet jeśli jest kryzys?
Za to poranny rozruch następuje powoli. Miasto budzi się do życia dopiero przed dziewiątą. Wcześniej niełatwo o otwartą piekarnię czy sklep spożywczy. Funkcjonują za to kafejki śniadaniowe, w których można wypić kawę, zjeść croissanta i ruszyć do swoich zajęć.
*
Nie jestem miłośnikiem południowej urody. Tej ciemnej karnacji, czarnych włosów, kociego spojrzenia. Tego wdzięku wylewającego się z dekoltów albo stron z reklamami kolorowych pism. Będąc człowiekiem północy, wielbię raczej urodę mniej oczywistą, delikatniejszą, subtelniejszą: słowiańsko-skandynawską. Nawet w Holandii, wśród bezmiaru rudzielców, można trafić na takie
panie.
Dawno temu, na dwa miesiące przed moim ślubem, młody żonkoś i odrobinę starszy kolega, w ciekawych okolicznościach przyrody: przy obiadokolacji w lokalu ze striptizem w czasie poznańskich targów, powiedział:
– Kobieta nie musi być piękna. Ważne, aby miała mądre oczy.
(I z pewnością nie chodziło wtedy o to, że jak już w żaden sposób nie da się przedstawicielki piękniejszej części ludzkości skomplementować, to powiadamy, że jest dobrą kobietą).
Więc popatrując na niewiasty, a może już tylko wiasty, uparcie szukam piękna najpierw w oczach (proszę panie o wybaczenie mi tej frazy: kobieta o głupim spojrzeniu nie może być piękna). Taka kobieta nie powoduje, że mam ochotę uciec na drugą stronę ulicy, tak jak przy pyskatych, obdarzonych zachrypniętym głosem Penelopach Kruzkach. W takiej jest ukryta tajemnica, ta mgła, przez którą jako młody chłopak zwykle nie miałem dość odwagi się przedzierać, a dziś, jako stary piernik, wiem, że po prostu nie uchodzi. Ileż tajemnicy kryje się w takiej nienachalności, w tym być może pozornym tylko wyciszeniu, w tym niebie z lekka zasnutym chmurami.
W takiej – zwłaszcza – młodości, co to wciąż niepewnie, ale jednak z ufnością patrzy przed siebie. W dziewczynie może dwudziestoletniej, spacerującej przedpołudniową porą przez ciasne uliczki, która wraz ze swoim chłopcem wcina się w kadr, gdy chcę zrobić ostatnie zdjęcie przed domem, już z walizką, mojej żonie. Czekam cierpliwie, aż przejdą, uśmiecham się do niej, ona odwzajemnia uśmiech, i robię zdjęcie. A po chwili słyszę za plecami jej głos, że chce – właśnie tak – zrobić nam fotkę.
Robi dwie, a po paru minutach znika z pola widzenia. Barcelona.
*
Natomiast
Polska
dopada nas już na lotnisku. Przez głośniki podają, że mamy się ustawić pod bramką nr 33, a na ekranie wyświetlono nr 30. Ponieważ żyjemy w czasach cywilizacji obrazkowej, ustawiamy się pod trzydziestką. Po chwili następuje spostowanie. Tłum rzuca się więc w nowe miejsce. Rozumiem, że w samolocie bardziej huczy z tyłu, ale czy to powód, by jeden Polak drugiemu rodakowi stał na plecach – zupełnie jakby miało zabraknąć miejsc? Czy to jak (mniej więcej) w filmie:
– Co to za wielka kolejka, w poniedziałek rano?- No co, był długi weekend, to się ludziom meble pokończyły.
[W NaTemat: 7 września 2014]