Gomez: klasyka z końca XX wieku

gomez_bring

Uwielbienie dla Beatles wsparte potężnym bagażem psychodelii. Klasyczne instrumentarium, kapitalne wokale i kolejne utwory skrzące się taką ilością motywów wirtuozowsko przechodzących jeden w drugi, że raz po raz zastygam zadziwiony i zachwycony.

[more]

*

Nie o wygłoszenie ex cathedra tutaj chodzi, że „Słowacki wielkim poetą był”, bo na takie frazy wszyscy już nieźle zostaliśmy zaimpregnowani. Na nic też będzie próba manipulacji, iż każdy prawdziwy rockfan powinien… A jednak, pewnie z prostej przyczyny, iż muzyka tej kapeli wyjątkowo dobre miejsce wymościła sobie w mojej głowie, bardzo chciałbym Was do niej przekonać albo przynajmniej sprawić, byście pogrzebali za jej nagraniami. A może i, kto wie, zakupili sobie na własność pięciopak za jedyne 54,90 złotych polskich.

Gomez

to w Polsce wynalazek Pawła Kostrzewy. Trójkowy redaktor pod koniec lat 90. przez pięć dni w tygodniu dysponował dwiema godzinami antenowymi. To dużo, ale robił z nich wspaniały użytek. Miał też dzięki temu sposobność, by do wielu zespołów i płyt powracać. I zaraził mnie tą muzyką tak skutecznie, że – zdarzyło się potem – zadatkowałem nawet w jednym ze sklepów na poczet sprowadzenia specjalnie dla mnie kolejnego wydawnictwa kapeli.
Kostrzewa odszedł do Jedynki, a poza nim – o ile mi wiadomo – nikt szczególnie brytyjskiego kwintetu rodem z Southport w żadnej z rozgłośni radiowych nie promował. Ponadto trzeba od razu zaznaczyć, że to, co najlepsze w dokonaniach  zespołu, miało miejsce na trzech pierwszych albumach. Bo to jeszcze jedna z tych formacji, które od razu, od pierwszej płyty, były w pełni ukształtowane, nokautująco dojrzałe (mimo że panowie mieli wtedy po niewiele ponad dwadzieścia lat). Śmiem twierdzić, że debiut – Bring It On (1998) był znakomity, wręcz arcydzielny, a więc przegonić go już nie sposób, można „jedynie” równać do, co jest piekielnie trudną sztuką.

 

Jak pogrzebać w internecie, to oczywiście od razu otwiera się przepastny wór z wymalowanym na nim słowem-kluczem: indie. W tym przypadku dominuje 

miłość do lat 60.,

uwielbienie dla Beatles wsparte potężnym bagażem psychodelii. Klasyczne instrumentarium, kapitalne wokale i kolejne utwory skrzące się od takiej ilości motywów, wirtuozowsko przechodzących jeden w drugi, że raz po raz zastygałem i do dziś zastygam zadziwiony i zachwycony. To wielka rozpusta naznaczonych geniuszem młodych artystów, by z kolejnych utworów budować misterne od strony formalnej cacuszka, o których wiadomo, że stworzone zostały z błysków, z iskier, a nie w pocie czoła nad papierem nutowym. Rozpusta, by w jeden utwór zapakować tyle pomysłów, jakby pokłady tych ostatnich były niewyczerpane.

 

I jak to – całkiem banalnie – w życiu bywa, po wielkich przypływach muszą nastąpić i odpływy. Te mają miejsce od 2002 roku, od czwartego albumu In Our Gun. Choć, powtórzę, co już nie raz pisałem, słabsze albumy wielkich albo dobrych wykonawców i tak zwykle biją na głowę większość tego, co dostępne na rynku.

*

Zespół dał pierwszy koncert w Leeds w 1996 roku, a dwa lata później za debiutancką płytę – okrytą platyną – otrzymał 

Mercury Music Prize,

zostawiając w pokonanym polu Massive Attack, Pulp i The Verve. Platynowa stała się także o rok późniejsza płyta Liquid Skin, a zespół kolejny raz wziął udział w festiwalu w Glastonbury.

Wyniki sprzedażowe następnych albumów nie są już tak spektakularne, ale nadal niezłe. Gomez bierze udział w kolejnych festiwalach – m.in. w Roskilde i Lollapalooza, gra jako support przed Dave Matthews Band i Pearl Jam. Po 2006 roku zwalnia nieco tempo, niektórzy członkowie kapeli rozpoczynają kariery solowe, ale mowy o końcu współpracy nie ma.

*

Od debiutu mija dziś szesnaście lat. Kawał czasu. 

Czy to już klasyka? 

Szesnaście lat od wydania pierwszego albumu The Beatles minęło w 1979 roku i wtedy wydawało się, że przeszło kilka muzycznych epok. Teraz rockowy zegar kręci się wolniej, raz po raz staje, cofa się albo przynajmniej spogląda wstecz. 

A może jest zupełnie inaczej – może to ja za klasykę uznaję to, co – mniemam,  wartościowego – zastałem w kulturze, a więc i muzyce, z chwilą urodzenia, ewentualnie to, co powstało, gdy dopiero dorastałem. Ale coś, co stworzono, gdy byłem już, cokolwiek to znaczy, dorosły? Trudno tę myśl przełknąć. Bo oznaczałaby, że mój pesel coraz bardziej niedzisiejszy. Fakt, odbicie w lustrze przy codziennym goleniu jeszcze toleruję, lecz swoich zdjęć od dawna spokojnie oglądać nie potrafię.

Ale co ja tu o jakiejś gębie? Ach, już wiem: w szufladce – który to już raz? – pierwsza płyta Gomeza, a gęba wciąż mi się śmieje. Czego i Wam z serca życzę – i gorąco zachęcam.

[W NaTemat: 1 czerwca 2014]

Dodaj komentarz