Trzy akordy i rytm boogie: Easy Rider

easy_rider

Lata 80. to okres boomu rockowego w naszym kraju, a także najlepszy czas dla rodzimego bluesa. Przez kilka kolejnych lat, odkąd Rawa Blues przeniosła się do Spodka, miałem okazję oglądać czołówkę wykonawców tego gatunku – Dżem, Tadeusza Nalepę, Irka Dudka, Martynę Jakubowicz i Easy Rider.

[more]

Nie pamiętam, w jakich okolicznościach zobaczyłem ostatnich z wymienionych po raz pierwszy. Kapela powstała 

w 1980 roku we Wrocławiu,

a cztery lata później uformował się jej trzyosobowy, aktualny do dzisiaj skład: Andrzej Wodziński – gitara i śpiew, Jarosław Wodziński – perkusja i Jacek Gazda – bas. Pamiętam natomiast, że zawsze na ich występ bardzo czekałem, byli po prostu jedną z najważniejszych bluesowych formacji w tamtym okresie.

W 1983 roku otwierali m.in. koncerty Budgie. I, mimo że ustawieni na pół mocy, w Spodku zabrzmieli lepiej niż zmęczeni już intensywną działalnością walijscy gwiazdorzy.

Bardzo długo przyszło czekać na

płytowy debiut

ER. Inni wydawali swoje kolejne krążki, a oni wciąż mieli problem z dostaniem się do profesjonalnego studia nagrań. Stało się to w 1988 roku, a album Ridin’ Easy ukazał się wiosną następnego roku. Bardzo ucieszyłem się na jego widok w katowickiej księgarni muzycznej przy ulicy Młyńskiej, w domu z dużym podnieceniem położyłem krążek na talerzu Daniela i… Niepokój o to, co dane mi będzie usłyszeć, ustąpił miejsca wielkiej radości.

Płyta została bardzo porządnie nagrana, a przy tym dochowywała wierności scenicznemu wizerunkowi grupy. Zespół brzmiał 

surowo, mocno, po teksańsku

– w konwencji bardzo bliskiej temu, co robili Canned Heat, Johny Winter, a przede wszystkim ZZ Top, czyli z bardzo stylowym połączeniem bluesa, rokendrola i boogie. Porywające były – i są nadal – utwory kończące pierwszą stronę analoga – Love Will Bring It Back i Out of Gauge, na drugiej, jeszcze lepszej, znalazły się oparty na zeppelinowskim riffie Hopeful, gitarowy popis It’s Loud Around oraz rozpędzone teksańskie lokomotywy Ridin’ Easy i kończący krążek We Know.

Wydawnictwo było jednak o parę lat spóźnione. Bluesowy boom nieuchronnie dobiegał końca. W świadomości większości rockfanów po tej stronie sceny pozostali już tylko ci, co śpiewali po polsku: Jakubowicz, Dżem i Nalepa. Oni odnieśli komercyjny sukces (pisał o tym już wtedy, na gorąco, Piotr Bratkowski na łamach „Literatury”). Inni, nawet grający w większości 

autorski repertuar

ER, mieli coraz większy problem z wydostaniem się poza bluesowe środowisko.

Jeszcze w 1992 roku, już na CD, ukazał się drugi album – Travellin’ Band (dopiero na nim odnalazłem swój ukochany numer Honey With A Milk And Pine), ale potem o zespole zrobiło się zupełnie cicho. Przyznam szczerze, że zdziwiłem się parę lat temu, czytając, że formacja działa dalej. Dziś ma na koncie sześć albumów, w tym kompaktową, na nowo zmiksowaną reedycję pierwszej płyty uzupełnioną zapisem koncertowym z Teatru STU pochodzącym z tego samego – 1988 – okresu dzisłalności i zawierającym podobny materiał. Ten album udało mi się dopiero niedawno zdobyć w jednym z komisów.

Muzyka Easy Rider wciąż budzi moje bardzo ciepłe uczucia, nic a nic się nie zestarzała.

„Zawsze są te trzy akordy i boogie”

– jak mówił lider zespołu, A. Wodziński. Parafrazując Marka Knopflera – na tyle niemodne, że zupełnie poza czasem. Jeśli mam ochotę podkręcić sobie trochę ciśnienie, nagrania Easy Rider świetnie się do tego nadają. Słychać w nich bardzo dobry warsztat i zadziwiająco dobrą w tamtych czasach angielszczyznę. Jest adrenalina, jest hałas, ale i zbawienny swing.

*

Niestety, miałem problem z ilustracją muzyczną tego tekstu. W YT bardzo niewiele jest nagrań wrocławskiej formacji, a już zupełnie niedostępne są wersje płytowe. Jakość tego, co można znaleźć, pozostawia bardzo wiele do życzenia. Może pora wreszcie coś z tym zrobić?

[W NaTemat: 25 maja 2014]

Dodaj komentarz