Czasy słusznie minione odeszły, ale kolejny raz przekonuję się, jak wiele prawdy zawiera się w powiedzeniu, iż świat się zmienia, a ludzie pozostają tacy sami. I tak samo że czasem im mniej wiadomo o ludziach powszechnie znanych, cenionych za swe wielkie talenty – o tym, jacy są na co dzień – tym lepiej. Dla innych, by mogli darzyć ich szacunkiem, dla nich, by nie obnażali się ze swych słabości i małości.
[more]
Działalność artystyczna jest
działalnością publiczną.
Ktoś tworzy – nie do szuflady – więc bezustannie podlega ocenie. Pracuje – lepiej lub gorzej – na dobre imię, na uznanie za niepospolitość swoich dokonań. Nie jest tak, że sięga większego lub mniejszego szczytu i pozostaje na nim bez względu na to, co kolejnego przyjdzie mu uczynić. Ciężko jest przez kilkadziesiąt lat tworzyć rzeczy tylko wybitne, unikając potknięć i błędów. Ten ktoś może oczywiście mieć tego wszystkiego świadomość, może też w swej pysze, w swym zadufaniu nie dopuszczać tego typu refleksji do siebie.
Może też na przykład mieć swoją – artysty –
stronę na fejsbuku.
Może z nią robić, co mu się podoba. Wolnoć Tomku w swoim domku, mój ogródek, moja grzęda – on decyduje, kogo wpuścić do środka, a kogo nie. Może swojego fanpejdża traktować jak księgę pamiątkową. Wpisać do niej może się każdy – pod warunkiem jednak, że są to wpisy dziękczynne i pełne uwielbienia (starszym coś to przypomina, prawda?). Jeśli ktoś z tej konwencji się wyłamie, wklei się, powiadając, że nie wszystkim się podobało i zamieści link do pełnego tekstu, zostanie wyrzucony za drzwi. W dodatku właściciel posesji natychmiast zmieni zamki, czyli zablokuje dostęp do swojej strony ewentualnym przyszłym chętnym (fanpejdżom na przykład, bo Nowak i Kowalski ciągle jeszcze mogą się wśliznąć). Fanpejdże bowiem, na przykład blogowe, mogą szerzyć
wieści niepożądane:
poddawać w wątpliwość jakieś ostatnie działania artysty, nie wpisywać się w ciąg pochwał, a nawet, co nie daj Boże, przemawiać głosem krytycznym.
Takich gości artysta sobie nie życzy, bo oni naruszają jego błogostan, jego świetność i świętość. Albo przynajmniej marketingowy przepis na życie: mam nazwisko, które wiele mówi, jest duża impreza w okolicy, są niemałe pieniądze do wyszarpania. Odwalę chałturę, zgarnę kasę. Działam na polu artystycznym, wymiernym nie w matematyczny sposób, trudniej weryfikowalnym. Ale takie ladaco, bloger nikomu nieznany, może jednak zaszkodzić. Jeszcze przypadkiem ktoś jego wypociny przeczyta, zacznie myśleć, zastanawiać się albo i – o zgrozo – dojść do jakichś konkluzji. Lepiej więc zawczasu
wylać dziecko z kąpielą
– czyli na wszelki wypadek w ogóle takim owakim zablokować dostęp do swojej fanpejdżowej strony.
Na tym jednak nie koniec. Ze swojej, tym razem już osobistej strony na FB, przekleja do fanpejdża blogera entuzjastyczne głosy na temat tej samej imprezy. „Patrz, innym się podobało. I to bardzo!” – zdaje się mówić. Jak na garstkę tych, co wytrzymali do końca występu artysty, entuzjastów wyjątkowo dużo, ale tę kwestię już – ja, bloger – przemilczę. I zostawiam te głosy na „swoim” FB, choć przecież tak samo mógłbym je jednym ruchem usunąć.
W tym miejscu przepraszam, że wytaczam wielką Miłoszową armatę w sprawie, która nieszczególnie jest tego warta. Ale ręka mnie świerzbi:
Nie bądź bezpieczny. Poeta pamięta.
Możesz go zabić – narodzi się nowy.
Spisane będą czyny i rozmowy.
Prawdziwa cnota krytyk się nie boi. A jeśli boi, to albo nie jest prawdziwą, albo artysta ma nieczyste sumienie. Lub wielki w swych najlepszych dokonaniach twórca okazuje się czasem małym człowiekiem.
Jako fan wcale tego nie chcę wiedzieć, ta wiedza do niczego mi nie jest potrzebna. Przeszkadza i to bardzo, utrudniając oddzielenie sztuki od życia. Jest mi smutno, a na dnie szklanki zostaje niepotrzebny osad.
[W NaTemat: 18 maja 2014]