Ahoj! – czyli Peter Gabriel w Ostrawie

 

gabriel_soTen artysta to bardzo wysoka półka, a więc i oczekiwania związane z koncertem miałem zdecydowanie powyżej średniej. I zostały one zaspokojone, bo Pan Piotruś jest ciągle w bardzo dobrej formie.

[more]

*

Peter Gabriel odszedł z Genesis w 1975 roku, po wydaniu dwupłytowego albumu [i]The Lamb Lies Down On Broadway[/i] oraz trasie promocyjnej. Miał wtedy zaledwie dwadzieścia pięć lat. Milczał do 1977 roku, a wtedy było to bardzo, bardzo długo. 

Z macierzystą formacją nagrał siedem albumów, a jeśli uwzględnić absolutne początki – był z nią związany przez prawie dekadę. Dziś ma sześćdziesiąt cztery lata. Od – aż się wierzyć nie chce – czterdziestu pracuje na własne konto, dość oszczędnie dozując kolejne wydawnictwa. Zawsze był 

artystą niespokojnym, 

poszukującym, wytyczającym w muzyce nowe szlaki. Przez długi czas był też wykonawcą koncertowym bardzo pożądanym, bardzo oczekiwanym. Kochanym przez wielkie rzesze fanów. I właściwie tak jest do dzisiaj, choć nie zapełnia już stadionów, a „tylko” hale. Sam także zawsze zaliczałem go do grupy szczególnie ulubionych muzyków, bardzo pragnąłem znaleźć się na jego koncercie. I powiem, mieszając nieco kolejność wywodu, że najwyraźniej spóźniłem się o dobre dziesięć – piętnaście lat.

Udało się dopiero przed dwoma laty w Oświęcimiu, wystąpił z towarzyszeniem orkiestry i dwuosobowego żeńskiego chórku. Wczoraj natomiast dane mi było wreszcie usłyszeć na żywo jego utwory w wersjach zbliżonych do pierwotnych.

Peter Gabriel to bardzo wysoka półka, a więc i oczekiwania zdecydowanie powyżej średniej. I myślę, że w pełni zostały one zaspokojone, bo Pan Piotruś jest ciągle w bardzo dobrej formie – fizycznej i wokalnej, wciąż – swym charakterystycznym, matowym głosem – bez nadmiernego wysiłku bierze równie charakterystycznym falsetem górne rejestry, tańczy, a nawet kładzie się na scenie. Wciąż bardzo dba o 

oprawę swoich występów.

Spore wrażenie robiły światła – ze szczególnym uwzględnieniem pięciu jeżdżących po scenie w niektórych utworach masztów (przypominających nieco potwory z japońskich filmów grozy), pozornie tylko wprowadzających chaos, a tak naprawdę wspaniale współtworzących zarówno scenografię, jak wzbogacających finalny efekt za sprawą gry świateł i obrazów zbieranych z zamontowanych na tych masztach kamer. Ten obraz z kolei wyświetlany był na dwóch mniejszych ekranach zawieszonych po bokach lub na większym stanowiącym tło sceny. Do tego jeszcze jeden element: okazały podwieszony pierścień, którego uroda w pełnej krasie objawiła się dopiero przy The Tower That Ate People na pierwszy bis.

Dla mnie zawsze najważniejsza będzie jednak 

muzyka.

I tu miałem problem. Już kiedyś, gdy z wieloletnim poślizgiem nabyłem na CD – najpierw Plays Live (1983), a potem So (1986) – nie potrafiłem odnaleźć swojego pierwszego zachwytu nad tą muzyką. Najpierw nie dowierzałem sobie, ale kilkakrotne przesłuchanie tego materiału niczego w nie zmienło. Cóż, to co jest bardzo nowoczesne w chwili ukazania się na rynku, czasem szybko się starzeje. A Gabriel zawsze poświęcał przygotowaniu swoich płyt, a więc – nie bójmy się tego słowa – produkcji bardzo wiele uwagi. Albumem So pognał szczególnie mocno do przodu, pamiętam, jak bardzo zaskoczyła mnie komputerowa rytmiczność Sledgehammer i Big Time i musiało upłynąć trochę czasu, muzyka musiała zrobić kolejnych kilka kroków naprzód, bym całkowicie oswoił się z tymi dźwiękami.

Krążek 

So

którego dwudziestopięciolecie stało się pretekstem do zorganizowania trwającej od 2012 roku wielkiej trasy koncertowej, od początku budził spore emocje. Tomasz Beksiński prezentując go na antenie Polskiego Radia, kręcił nosem i nazwał, używając kulinarnego porównania, mielonym. A szczególnie oburzonym słuchaczom zaprezentował jakiś czas potem  to, co nazwał soczystym schabowym, czyli czwartą płytę artysty z 1982 roku. Przebojowość i piosenkowość, a więc i łatwiejszy odbiór, na niespotykaną u tego artysty wcześniej skalę, wreszcie wielki sukces komercyjny – wszystko to na świeżo utrudniało przyłożenie odpowiedniej miary do tego krążka.

Nie chcę przez to powiedzieć, że ta płyta czy w ogóle muzyka Gabriela się zastarzała. Chyba jeszcze nie, ale coraz wyraźniej przynależy do przemijającej muzycznej epoki. Znów wychodzi mi na to – w osobistym, zaznaczam, rachunku – że nieodległe pierwotnym instynktom, atawistycznym odruchom ludzkim porządne mainstreamowe wiosłowanie znacznie lepiej znosi upływ czasu niż to, co tak samo jest efektem wielkiego talentu, ale jednak w dużej mierze wspieranego przez nowinki studiów nagraniowych. Tyle tytułem wytłumaczenia, dlaczego nie wpadłem wczoraj w zachwyt.

*

Koncert składał się 

z czterech części. 

Pierwszą z nich był support w wykonaniu dwóch młodych śpiewających Szwedek: Jennie Abrahamson i Linnei Olsson – krótki, zwięzły, dwudziestominutowy i bardzo dobrze wpisujący się w klimaty eksplorowane przez gwiazdę wieczoru. Dzięki stosowanemu instrumentarium, czyli wiolonczeli i ksylofonowi – niewymagający przebudowy sceny. Po dwudziestu paru minutach przerwy, w pełnym świetle, rozpoczął się 

występ Petera Gabriela.

Akustycznie, z liderem przy fortepianie. W pierwszym utworze – Obut – z towarzyszeniem tylko Tony’ego Levina, a od Come Talk To Me już z całym zespołem – Manu Katche, David Rhodes, David Sancious i wspomniane już panie w chórkach. 

W Family Snapshot, w trakcie którego zgasło górne oświetlenie, dokonało się płynne przejście do części elektrycznej. Potężnie, mocno, z tnącą jak heavymetalowa brzytwa gitarą Rhodesa zabrzmiało Digging In The Dirt – wtedy mieliśmy też pierwszą próbę gry świateł. I tak płynęliśmy – do Solsbery Hill i Why Don’t You Show Yourself na koniec tej części.

A potem rozpoczął się 

zasadniczy fragment koncertu,

czyli odegranie w całości, w kanonicznej kolejności, albumu So. Z uroczymi partiami tańczonymi, z duetem z Jennie Abrahamson w Don’t Give Up. Na pełny gaz, z wielkim kunsztem wykonawczym.

Niemilknące brawa publiczności (Polaków też nie brakowało) wywołały artystów raz jeszcze na scenę – by wykonać wspomniany już The Tower That Ate People oraz na definitywne zakończenie nieśmiertelny, monumentalny Biko.

Świetny koncert, bardzo dobra forma wszystkich muzyków. A we mnie gdzieś żal, że – cholera – emocje już nie te największe, że ciary po plecach już nie chcą przebiegać. Że Peter Gabriel nie mieści się już na mojej najwyższej półce, lecz na drugiej, patrząc od góry. Po reakcji ludzi sądząc, wielu fanów wciąż ceni go mocniej niż ja dzisiaj. I dobrze, bo dla takich wariatów grają ci ludzie na scenie. Ale żeby nie było nieporozumień – Pan Piotruś grał wczoraj także i dla mnie.

{W NaTemat: 14 maja 2014]

Dodaj komentarz