Indiańskie basistki

Jeśli już zahaczyłem ostatnio o Gadające Głowy, a w ich składzie o Tinę Weymouth, to przynajmniej na chwilę zatrzymam się przy dwóch kolejnych zespołach, w których na gitarach basowych także grają panie. Zwłaszcza że chodzi o kapele z tych najważniejszych w latach 80., a tak naprawdę – wciąż bardzo istotne i inspirujące, od dawna nie tylko na scenie indie, ale po prostu rockowego mainstreamu: Sonic Youth i Pixies.

[more]

Okazja ku temu tym większa, że ci drudzy właśnie wydali pierwszą od wielu lat płytę, a niebawem zagrają, razem z Queens of The Stone Age i Kings of Leon, w Warszawie. I już zacieram ręce, mimo iż moje akustyczne wrażenia ze Stadionu Narodowego po występie Paula McCartneya sytuują się w dolnej strefie stanów średnich.

 

Sonic Youth

to grupa zawiązana na początku lat 80. w Nowym Jorku. Choć była do bólu niezależna, posługując się środkami wyrazu przynależnymi muzyce eksperymentalnej, czerpiąc z psychodelii i dorobku Velvet Underground, za sprawą chwytliwych melodii cechujących wiele jej utworów zdobyła powszechne uznanie i popularność. Bomba wybuchła po Daydream Nation (1988), albumie zdecydowanie bardziej przyswajalnym niż wcześniejsze. A potem był romans z grunge’em: niektórzy wykonawcy tego nurtu, z Nirvaną na czele, przyznawali się do wpływów SY, a ci z kolei mocniej skręcili w stronę brzmień charakterystycznych dla Seattle Dirty z 1992 roku).

Ostatni póki co album zespół nagrał w 2009 roku.

Pixies

uformowali się w 1986 roku w Bostonie, by zaraz potem przenieść się na Stary Kontynent, gdzie w wytwórni 4AD znaleźli o wiele bardziej sprzyjający klimat do nagrywania niż w USA. Sami odwoływali się do Rolling Stones, Lou Reeda, Iggy’ego Popa czy Television, a o nich z kolei z uznaniem wypowiadali się David Bowie, PJ Harvey, U2 oraz Radiohead. A nade wszystko – Kurt Cobain, który nazwał Pixies najważniejszą inspiracją dla Nirvany. 

Sześć lat aktywności, pięć albumów wydanych między 1987 a 1991 rokiem, wielki wpływ na innych –  i w 2004 powrót do wspólnego koncertowania, a całkiem ostatnio nowy krążek.

*

Przed laty telewizja polska emitowała cykl filmowy, w którym siostra Wendy Beckett, południowoafrykańska zakonnica, w krótkich, bodaj dziesięciominutowych odcinkach opowiadała o malarstwie. Wchodziła do jakiegoś muzeum z tych znaczących na świecie, wybierała jedną salę, a w niej z kolei – jeden obraz. I udowadniała, że należy pochylić się nad nim z dziecięcą ufnością i po prostu patrzeć. I dostrzegać, co na płótnie zostało namalowane.

Z zachowaniem proporcji: sięgam po muzykę, której – gdyby nie przed dwoma laty decyzja o prowadzeniu bloga – być może nigdy bym, z takich czy innych powodów, nie dotknął. Bo na co dzień zajmuję się innymi, mniej (częściej) lub bardziej (rzadziej) istotnymi sprawami. Zaś muzykę konsumuję „po godzinach”. Namiętnie, uparcie, ale bez zawodowej konieczności. Stąd i dostęp do pewnych rzeczy ograniczony, i świadomość niektórych zjawisk mała lub żadna.

W ten sposób, czasem po wielu latach, spóźniony, sięgam po jedną czy drugą płytę. Mijający od wydania czas sprawia, że – wydaje się – ziarna od plew zostały już oddzielone, dwie, trzy dekady to wystarczający ku temu okres. I raz po raz wystawiam moją głowę na próbę, uszy na pokuszenie, sprawdzam wyporność systemu nerwowego. Czym dam radę, czy przyswajam te dźwięki? Z doświadczenia wiedząc, że nie należy ferować wyroków – choćby na swój tylko, prywatny użytek – od razu, po pierwszym przesłuchaniu. 

Tak oto, siwiejący i łysiejący, dorzucam wciąż kolejne nazwiska i nazwy do grona tych, których płyty lądują w domowym lub samochodowym odtwarzaczu. Jak na przykład Sonic Youth i Pixies. A tych z Was, którzy przyswoili ich sobie już dawno temu, serdecznie przepraszam i proszę o wyrozumiałość.

[W NaTemat: 5 maja 2014]

Dodaj komentarz