
Zmarły wczoraj Tadeusz Różewicz powiedział, a nie on jeden przecież tak twierdził, że bylejakość ogarnia elity. Wczorajsza gala wręczenia Fryderyków, choć aspirująca do elitarnej i elitę tworzącej, była – nie mogę się oprzeć wrażeniu – byle jak poprowadzona. I chwilami wcale nie najważniejsi w niej byli ci, którzy najważniejsi być powinni.
[more]
Wczoraj wieczorem odbyła się dwudziesta już gala wręczenia nagród polskiego przemysłu fonograficznego. Kilka lat temu uroczystość znów zyskała na randze, powracając do publicznej telewizji.
Konkretnie – w tym roku – do Dwójki. Co nie było pozbawione znaczenia. Gwiazdą wieczoru bowiem nie okazał się laureat nagrody Grammy, a teraz i Fryderyka – Włodek Pawlik z Randym Breckerem oraz orkiestrą Filharmonii Kaliskiej. Nie Dawid Podsiadło, który zainkasował aż cztery trofea. I nie Kayah, która zaprezentowała się z wdziękiem jeśli nie swojej starszej siostry, to już na pewno włoskiej lub bałkańskiej matrony. Gwiazdą największą okazał się Tomasz Kammel.
Zrazu miałem, patrząc w ekran – jako ten podwładny przed przełożonym z ukazu cara Piotra I – wygląd lichy i durnowaty, tak by swoim pojmowaniem sprawy nie peszyć przełożonego. Po chwili jednak uświadomiłem sobie, że przecież co prawda ja widzę Pana Redaktora, ale on mnie nie i nie muszę się tak starać. A poza tym Kammel, jeśli kiedykolwiek miał jakieś wątpliwości co do swojej wiedzy na dany temat, to było to tak dawno, że sam już tego nie pamięta.
Specjalistą od muzyki też jest od bardzo dawna. Objawił się nim przed laty w czasie festiwalu opolskiego, kiedy to zaprezentował się jako kolega członków lubelskiej kapeli i wybitny suflerolog. Patrząc na datę jego urodzenia (1971), wychodzi, że jeszcze dzieckiem w kolebce będąc, już cienie wielkiej góry rozganiał.
O duszeniu za młodu centaurów biografowie póki co milczą, ale Redaktor pomaga w ich ujarzmianiu dzisiejszej młodzieży w wiekopomnym z racji wielości wiekopomnych wykonów programie „The Voice of Poland”. W ten sposób ukazał pospólstwu telewizorowemu oblicze znawcy młodych dusz i odkrywcy zakamarków umysłów pukających do bram branży śpiewaków.
Wczoraj uświadomił gawiedzi, że jest nie tylko rekinem finansjery, lwem sceny Sali Kongresowej, ale i znawcą wszelkich nurtów muzycznych. Pop i rock to dla niego bułka z masłem, jazz wyssał z mlekiem matki, zaś o muzyce poważnej jest w stanie rozprawiać z każdym. Z brawurą Falkowego wodzireja dał nam bowiem do zrozumienia, że jego wiedza o dorobku Konstantego Andrzeja Kulki (Złoty Fryderyk w kategorii muzyki poważnej) wykracza daleko poza okolicznościowe co nieco. Cóż, Redaktor to miszcz po prostu – czego się tknie, zamienia w wyroby złotopodobne obficie kapiące mu z warg.
Beneficjentami tegorocznych Fryderyków okazali się Dawid Podsiadło (cztery statuetki w kategoriach związanych z muzyką rozrywkową) oraz Dominik Wania (dwie jazzowe). Pierwszemu, tak samo jak Ani Rusowicz nagradzanej w 2012 roku, z serca życzę, by jeszcze kiedyś powtórzył sukces – komercyjny i artystyczny – swojej debiutanckiej płyty. A nie będzie to proste.
Na szczęście nie zabrakło też momentów, gdy rzeczy dano właściwe słowo. Pośmiertnie nagrodzono Marka Jackowskiego[/url] i Jarosława Śmietanę. Tego drugiego, jak zawsze w pięknych słowach, wspomniał sędziwy już Jan Ptaszyn Wróblewski. Obaj – Jackowski i Śmietana – byli i pozostają niezwykle ważnymi postaciami polskiej sceny muzycznej. I przyznanie im Złotych Fryderyków należy potraktować symbolicznie – jako dowód szacunku środowiska muzycznego dla ich znaczących, bynajmniej nie przez chwilę i nie przez rok, dokonań. To samo dotyczy wspomnianego już Konstantego Andrzeja Kulki.
Rezygnacja z wielu pierwotnie powołanych do życia kategorii i tym samym ograniczenie ilości przyznawanych nagród zdecydowanie bardziej odpowiada dzisiejszemu stanowi polskiego rynku. Sprawia też, że gala i transmisja telewizyjna zyskują na tempie. Jednocześnie jednak nie potrafiono zrezygnować z kiczowatych pomysłów, jak na przykład tego z odegraniem mazurka autorstwa patrona imprezy przez Janusza Olejniczaka wespół z – cytuję – gitarowymi wymiataczami. Tak jak cenię Ryszarda Sygitowicza czy Jacka Królika, tak zgrzytam zębami nad tego typu konfekcją muzyczną.
Bardzo żałuję, że głos mojego ulubionego redaktora Piotra Metza dobiegał tylko z offu. Że nie wytypowano do prowadzenia gali kogoś, kto od lat siedzi w muzyce i naprawdę na niej się zna. Nawet jeśli oglądalibyśmy tego kogoś po raz kolejny (zresztą podobnie jak red. TK). Zmarły wczoraj Tadeusz Różewicz mawiał, a nie on jeden przecież, że bylejakość ogarnia elity. Wczorajsza impreza, choć aspirująca do elitarnej i elitę tworzącej, była – nie mogę się oprzeć wrażeniu – byle jak poprowadzona. I chwilami wcale nie najważniejsi w niej byli ci, którzy najważniejsi być powinni. Ale może po prostu się nie znam albo mam spaczony gust. Bo to ma się oglądać, to ma być przecież szoł, a nie okolicznościowa akademia.
Ważne – mimo wszystko – jest to, że Fryderyki są. Że – mocniej bądź słabiej – swym istnieniem rzucają snop światła na polskich wykonawców, że niewątpliwie ich promują. Możemy się zżymać na rodzimy rynek wydawniczy, ale miejmy świadomość, że sami w pewnej mierze go kształtujemy i określamy jego rozmiary. Decydując, czy wybierzemy się na koncert, albo narzekając, że nie ma na co pójść. Zachowując przyzwoitość wobec ulubionego artysty i kupując jego płytę, czy też ściągając jego nagrania z internetu.
[W NaTemat: 25 kwietnia 2014]