Apetyczna destrukcja

gnr

Lata 80. to trudny okres dla rokendrolowego mainstreamu. Deep Purple rozwiązali się jeszcze w 1976 roku, Led Zeppelin po śmierci Johna Bonhama w 1980 roku też dali sobie spokój. Black Sabbath pokazali nowe oblicze z Dio jako wokalistą, AC/DC po najlepszym w swym dorobku „Back In Black” (1980) wyrażnie obniżyli loty. Z używkami nie poradził sobie Phil Lynott, lider Thin Lizzy, i zmarł przedwcześnie w 1986 roku. Osobiście byłem świadkiem zmierzchu Nazareth, UFO i Budgie – z ich koncertów w Spodku na początku tamtej dekady trudno było wynieść szczególnie ciepłe wspomnienia.

[more]

A pragnienie, by pojawiła się jakaś 

nowa siła

zdolna nawiązać do najlepszych gitarowych dokonań poprzedniego dziesięciolecia, było wśród miłośników rocka wielkie. I kimś takim okazała się niełatwa do polubienia, a tym bardziej pokochania, formacja Guns N’Roses. 

To był 1987 rok. Welcome To The Jungle, pierwszy kawałek, jaki dotarł do uszu słuchaczy, nieźle narozrabiał w niejednej głowie. Axl Rose ze swoimi obcisłymi krótkimi spodenkami wzbudzał mieszane uczucia, ale gdy przestawaliśmy się wpatrywać, a oddawaliśmy tylko słuchaniu, robiło się znacznie przyjemniej. Bo jazda była bardzo do przodu, a ostry wokal kojarzył się nieodparcie i najlepiej jak mógł – z mistrzem Robertem Plantem. 

Przyznam, że kolejnych płyt zespołu jakoś nie potrafiłem w pełni zaakceptować. Fani byli jednak innego zdania – zwłaszcza albumy Use Your Illusion I i II (1991) sprzedawały się świetnie i ugruntowały pozycję GnR na rynku. Tym bardziej znudziły mnie późniejsze 

bezustanne przepychanki personalne,

kłótnie, rozstania – a pomiędzy nimi kolejne ostateczne terminy wydania nowego albumu. Z klasycznego składu ostał się tylko Rose. Nie wytrzymywali z nim ani kumple muzycy, ani rozczarowani fani. Dopiero w 2008 roku światło dzienne ujrzał krążek Chinese Democracy.

Debiut fonograficzny był jednak cholernie mocny, a siła zespołu rosła wraz z kolejnymi trasami koncertowymi.  Wymiatanie w roli supportu przed The Cult czy Mötley Crue, a potem już samodzielne koncerty uczyniły z kapeli gwiazdę pierwszej wielkości. Narastały też napięcia wewnątrz zespołu i problemy z narkotykami.

Szkoda, że wielki potencjał tkwiący w muzykach nie przełożył się na skalę dokonań, bo rozdział, jaki grupa miała do zapisania w historii rocka, wydawał się znacznie poważniejszych rozmiarów.

Apetyt, z wynikiem dwudziestu ośmiu milionów egzemplarzy, pozostaje jednak wciąż najlepiej sprzedającym się debiutem fonograficznym wszechczasów, a rokendrolowa destrukcja pod wodzą Axla i Slasha – świetnego gitarzysty, autora linii gitary w m.in. Black Or White i Give In To Me Michaela Jacksona, a później członka Velvet Revolver – nadal robi wielkie wrażenie.

(Guns N’Roses, Appetite For Destruction, 1987)

[W NaTemat: 16 marca 2014]

 

 

Dodaj komentarz