
Gdy po koncercie Paula McCartneya w Warszawie zbieraliśmy się pod autokarem, pewna nastolatka westchnęła: „Żałuję, że nie urodziłam się w tamtych czasach”. Zazdroszcząc jej młodości, jednocześnie świetnie ją rozumiałem, bo sam czasem mam – muzyczne – wrażenie, że urodziłem się o parę lat za późno.
[more]
Dziś chciałbym wspomnieć o kolejnym zespole, który zawiązał się pod sam koniec lat 60., a przez kilka następnych uznawany był za jeden z najlepszych. Za ten, który balansował gdzieś między hard rockiem a rockiem progresywnym, za ten wreszcie, który jako pierwszy zastosował w składzie dwie gitary prowadzące.
Wishbone Ash
to była tak znacząca formacja, że redaktor Majewski pisząc w 1979 roku w tygodniku „Razem” recenzję drugiego krążka Dire Straits, porównał braci Knopflerów i kolegów do niej właśnie. Wishbone Ash działają nadal, podobnie jak np. Budgie czy Uriah Heep, ale jest to dziś raczej tylko pogoń za własnym cieniem. Nie mam jednak zamiaru pastwić się nad ich dorobkiem z ostatnich ponad trzydziestu lat, lecz pragnę pochylić się nad znakomitym początkiem.
Importem muzyki WA nad Wisłę zajął się, a jakże, Piotr Kaczkowski. Skutecznie zaraził nią moich braci, a razem z nimi – mnie. Fragmenty dwóch pierwszych płyt, nagrane na taśmach magnetofonowych, mam na zawsze zapisane na osobistym twardym dysku (czytaj: w głowie), nuta po nucie. I niezmiennie od ponad czterdziestu lat jestem w tych dźwiękach zakochany.
Zespól utworzyło
czterech znakomitych instrumentalistów:
Andy Powell – g, voc, Ted Turner – g, voc, Martin Turner – b, voc, Steve Upton – dr. Gitarzyści uznawani byli przez kilka kolejnych lat za absolutną światową czołówkę. Finezyjne podejście do materii muzycznej, jedyne takie połączenie łojenia z elegancją, rewelacyjne chórki, współbrzmienia głosów, do tego zestaw pięknych rockowych ballad (z Persephone i Everybody Needs a Friend na czele) – to naprawdę dostatecznie dużo, by nie wolno było pomijać tej grupy, gdy mowa o zjawiskach w rokendrolu najistotniejszych.
Była to jedna z tych kapel, które debiutowały jako w pełni już dojrzałe i ukształtowane. Tak jak na przykład Doors, Steely Dan, Dire Straits czy później Pearl Jam. W ten sposób nokautuje się rynek, odbiorców – nie sposób przecież nie dać się porwać takiej muzyce – ale i zawiesza poprzeczkę na bardzo wysokim poziomie. Bo wiadomo, że lepiej już raczej być nie może, nie ma mowy o rozwoju, dojrzewaniu, wspinaniu się na szczyt. Pozostaje wyłącznie walka z samymi sobą, wyścig z pierwszą płytą. A to udawać się może tylko przez jakiś czas. W przypadku Wishbone Ash przez około dekadę. To w końcu nie tak mało – a jest w czym wybierać, bo pereł tam całe mnóstwo.
Pierwszy album
ukazał się w 1970 roku. Trzy rasowe rokendrole na pierwszej stronie wydawnictwa analogowego – Blind Eye, Lady Whiskey i Queen of Torture oraz balladowe Errors od My Way, a do tego trudniejsze do zdefiniowania, jeśli chodzi o stylistykę (to stąd ta wspomniana wyżej progresywność) Handy i Phoenix.
Rok później wyszedł Pilgrimage. Porywające Vas Dis, The Pilgrim i Jail Bait na początek. Znów sporo – tak jak w drugiej części debiutu – fragmentów instrumentalnych, ponadto rzewne gitary, które stały się jednym ze znaków rozpoznawczych grupy, w Lullaby czy Valediction.
Argus (1972), trzeci krążek z takimi numerami jak Time Was i Blowin’ Free, odniósł największy sukces. Jest bardziej jednorodny stylistycznie, muzyka zespołu trochę zelżała. W 1974 roku doszło do pierwszej zmiany personalnej. Odszedł Ted Turner, a na jego miejsce pojawił się Laurie Wisefield. Ciągle jeszcze było nieźle, wciąż powstawały świetne utwory, ale
twórczy regres
stawał się coraz wyraźniejszy. Znaczenie zespołu malało, kryzys, który dopadł klasyczny hard rock u schyłku lat 70., nie ominął także WA. Gdzieś od Just Testing (1980) mamy już wyraźny spadek formy. Zmian personalnych było bez liku, dziś z oryginalnych członków pozostał tylko Andy Powell. Zespół wciąż koncertuje, odwiedza także Polskę. Może, mimo tego, co napisałem, kiedyś się złamię i wybiorę na któryś z występów. Na pierwszych płytach jest przecież tyle znakomitych piosenek, a bez nich żaden koncert grupy obyć się nie może.
[W NaTemat: 5 lutego 2014]