Ojciec i synowie, czyli Wagle na scenie

msb

Mam dwóch dorosłych już synów. I nie ukrywam, że gdy patrzyłem, jak panowie Waglewscy podłączają swoje instrumenty, a potem zaczynają grać, poczułem zazdrosne ukłucie w sercu. Bo to jest pewnie fantastyczne uczucie – móc muzykować z rodziną i to w zupełnie innych rejestrach niż klezmerskie „Sto lat” u cioci Kloci na imieninach.

[more]

Muszę także przyznać, że od lat

mam problem z WW

(a od niedawna z Kim Novak, ale trochę innej natury). Wojciech Waglewski jest jednym z tych artystów, bez których trudno sobie wyobrazić polską scenę muzyczną. Imponujący dorobek, dziesiątki płyt, setki nagrań – w  roli najczęściej muzyka, lidera, ale i producenta.Jednak na jego przykładzie wyraźnie widzę przenikanie się tego, co w muzyce cenię, z tym, co lubię szczególnie. Jego obserwacje dotyczące tzw. życia są mi wyjątkowo bliskie, ale muzykę bardziej doceniam, niż lubię. Zwłaszcza w ostatnich latach, gdy nabrał rozpędu jak żaden inny artysta w Polsce i nagrywa wyjątkowo często.

Jako

gitarzysta

chyba nigdy nie podobał mi się tak jak teraz. Coraz bardziej upodobnia się do czarnych klasyków bluesa, a w tej prostocie zbliża się – o, paradoksie – w niejednokrotnie wirtuozowskich solówkach do mistrzów gitary, np. Hendriksa, którego zresztą zacytował w jednym z utworów. Wyraźnie widać tu fascynację Bobem Dylanem, który od kilkunastu lat podąża taką właśnie drogą.Mimo to po około trzech kwadransach zaczynam odczuwać pewne znużenie. Czym? Powtarzaniem tego samego schematu. Od kilku lat WW zanurzony jest szczególnie mocno w bluesie i rocku lat 60., a więc piosenkach opartych na jednym, czasem

do bólu prostym riffie.

Jeśli w dawce trzech, czterech, pięciu kawałków to może zachwycić – jakością wykonania, powrotem do szlachetnych źródeł – o tyle w miarę jak koncert biegnie dalej, zaczyna nieco męczyć. Jeden świetny instrumentalista to, zdaje się, za mało. Obsługiwane przez synów bas i bębny zachowują się zbyt liniowo, a klawisze, damski wokal i skrzypce niewiele w moim odczuwaniu zmieniają. 

Utwory, które złożyły się na poniedziałkowy występ Waglewskich, pochodziły z dwóch płyt, jakie ci panowie mają we wspólnym dorobku. I może to też jest dodatkowym czynnikiem powodującym taką a nie inną reakcję. We wsłuchiwaniu się w materiał z danej płyty, w spokojnym smakowaniu i wyłuskiwaniu chwytających za serce fragmentów przeszkadza mi świadomość, że za chwilę pojawi się na rynku kolejna porcja muzyki. Ta ilość mnie przytłacza.

Publiczność szczególnie ciepło, co oczywiste, przyjęła te numery, które dobrze znane są z radia.

Ojciec

zabrzmiał dwa razy – na początku i jako czwarty, ostatni bis. Podobnie wyraźnie ożywiła widownię Męska muzyka. Mi wielką przyjemność sprawiły Trafiony ze stylową solówką Mariusza Obijalskiego na harmonijce ustnej, Bóg oraz Chromolę.

Coraz trudniej oddzielić stylistycznie to, co senior Waglewski robi z Voo Voo, a co z synami. Zwłaszcza że głos Fisza z każdym rokiem robi się coraz bardziej podobny do głosu ojca. 

Maszynka miele systematycznie, 

równo i na poziomie trudnym do osiągnięcia w naszym kraju przez większość wykonawców. Ale jakby zbyt rzadko wydaje z siebie cacka, do stworzenia których WW jest zdolny. Mam wrażenie, że gdyby nagrywał mniej, proporcje byłyby inne. Piosenki „zaledwie” niezłe i dobre zostawałyby w szufladzie, a na świat wychodziły wyłącznie znakomite. Słuchacze, stęsknieni za nowymi nagraniami, tym częściej cmokaliby z zachwytu. Pan Wojciech zdecydował jednak inaczej i postawił na dużą aktywność. A jego synowie najwyraźniej podążają tą samą drogą.

(Waglewski – Fisz – Emade, Teatr Rozrywki, Chorzów, 25 listopada 2013)

[1 grudnia 2013]

Dodaj komentarz