Emergenza – długa kolejka do muzycznej sławy

emergenza

Moja żona znajdowała się kilkaset metrów dalej, w Rialcie na koncercie Lao Che, a ja dałem się skusić propozycji, by zobaczyć tych, którzy dopiero walczą o zaistnienie na rynku. Festiwal Emergenza to pomysł, by w drodze wieloetapowych eliminacji wyłonić – w regionie, województwie, kraju, Europie i świecie – ciekawych wykonawców. Okazuje się, że nie tylko młodych, bo takich nieco wyłysiałych bądź przyprószonych siwizną też nie brakuje.

[more]

Schody zaczynają się na poziomie kompozycji – ich oryginalności bądź wtórności, tekstów – przyzwoitych i grafomańskich, wreszcie frontmenów i frontmenek.W piątkowy wieczór zobaczyłem sześć zespołów. W tym miejscu chciałbym wspomnieć o trzech, które wydały mi się najciekawsze. 

Jako pierwsi wyszli na scenę

Colt Headed Dog.

Duży, sześcioosobowy skład (wokal, dwie gitary, bas, bębny, harmonijka ustna) miał problem pomieścić się na niewielkiej scenie. Jego muzyka okazała się jednak frapująca. Sporo bluesa, skojarzenia, także z racji tekstów śpiewanych w większości po polsku, z Tadeuszem Nalepą. Najbardziej natomiast ujął mnie neurotyczny, psychodeliczny The Light Blues przywodący na myśl The Doors i Jima Morrisona, w którego wyraźnie zapatrzony jest wokalista grupy. I choć grania nawiązującego do brzmień sprzed czterdziestu – czterdziestu pięciu lat jest dziś sporo, także w Polsce, propozycja tej kapeli wydaje mi się interesująca. I jeśli panowie będą się rozwijać, to mają spore szanse, by wypłynąć na szersze wody.

Kolejne pół godziny należało do 

NaSenNie.

Gitara, bas i perkusja, brzmiące bardzo mocno, dobrze, wręcz zawodowo – i nie całkiem przekonująca frontmenka. Z jednej strony to oczywisty problem miejsca występu, nagłośnienia oraz wielkiej chęci każdej występującej grupy, by pokazać, że potrafi dosypać do pieca, a z drugiej – moje od lat wątpliwości co do damskich głosów w rocku. Panowie naprawdę zdrowo łoją, trzeba by tu młodej Nosowskiej, Chylińskiej z czasów O.N.A. lub Flinty śpiewającej Joplin. Albo takiej jazdy gardłem wokalistki zespołu jak w numerze Slip. Co mnie pozytywnie zaskoczyło, w realizacjach studyjnych jej głos brzmi zdecydowanie lepiej.

Trzeci zespół, który zwrócił moją uwagę tego wieczoru, to znany już skądinąd

Tape Reels.

Moja słabość do poczynań tria to jednocześnie większa ciekawość i wyżej zawieszona poprzeczka oczekiwań. W odróżnieniu od występu w Chorzowskim Centrum Kultury, tutaj miałem młodych muzyków na wyciągnięcie ręki, a tym samym możliwość podpatrzenia, jak wygląda ich współpraca na scenie. I znów nie pozostaje mi nic innego, niż chwalić. Bo jeśli imponujący już warsztat nie wyróżnia ich jakoś wyjątkowo ponad innych wykonawców (dożyliśmy pięknych czasów, gdy aspiranci do profesjonalnego grania w większości są bardzo sprawni technicznie), to dobry repertuar w klimatach Cream i Hendriksa nakazuje z uwagą pochylić się nad muzyką zespołu.

Młodego grania jest w naszym kraju zatrzęsienie. Zupełnie jakby rynek był w stanie to wszystko wchłonąć oraz, co istotne, dać strawę muzykom – i to bynajmniej nie duchową. Utrzymać się z grania jest niezmiernie trudno. A wytrwać przez lata w branży, mając ciągle coś istotnego do powiedzenia – dostępne było, jest i będzie nielicznym. Kto następny, kogo będziemy słuchać za pięć i dziesięć lat? A kogo przez długie lata?

Emergenza, Katofonia, Katowice, 15 listopada 2013)

[21 listopada 2013]

 

Dodaj komentarz