
Ten koncert był kolejnym dowodem na to, że czasem warto zaryzykować. Pójść w ciemno. Odwiedzić dobrze sobie znane miejsce i zobaczyć kompletnie nieznanych artystów. Można się oczywiście na takim koncepcie pośliznąć, ale jeśli na scenie dzieją się rzeczy zdecydowanie niebanalne, a czasem bardzo piękne – świeżość doznań jest wyjątkowo mocna.
[more]
Thayer Sarrano
Chyba każdy wyznawca mocnych brzmień, któremu zdarzyło się choć raz w życiu wziąć do ręki gitarę podpiętą do wzmacniacza i uderzyć w struny, poczuł to „coś” całym sobą. Prąd i moc, drżenie nie tylko serca, dreszcze przebiegające przez cały organizm.
Rokendrol. W odróżnieniu od akademii muzycznych miejsce, w którym odnajdą się zarówno znakomici instrumentaliści, jak i ci, dla których opór materii zawsze będzie wysoką przeszkodą do wzięcia. Ale ci drudzy nigdy nie stali na straconej pozycji. Bo ta muzyka raz po raz przypomina o swoich do bólu prostych i wspaniałych jednocześnie korzeniach. I dziś, tak samo jak dwadzieścia i czterdzieści lat temu, wciąż potrafi otoczyć czułą opieką tych, którzy mają coś do powiedzenia, niekoniecznie dysponując bardzo dobrym warsztatem. [
„My guitar is so far away from home”
– powiedziała w pewnym momencie swojego występu Thayer Sarrano, dostrajając swój instrument. Ta młodziutka amerykańska kompozytorka, wokalistka i gitarzystka, ujęła wczoraj chyba wszystkich zgromadzonych na widowni w katowickim kinoteatrze „Rialto”. Artystka ma już na swoim koncie dwie płyty, bardzo pochlebne opinie krytyków w USA i teraz pewnie czas na kontrakt z dużym koncernem płytowym. Kto wie, czy tak się stanie i czy to rzeczywiście jest jedyny i właściwy klucz do sukcesu. Rozstrzyganie tej kwestii nie do mnie na szczęście należy.
Głos góra dwunastolatki, biała, ażurowa sukienka do kolan, pozycja siedząca, mikrofon i gitara elektryczna w rękach. A obok dwóch młodych mężczyzn, z których jeden gra na klawiszach, a drugi na bębnach. Czyli – bez basu. Czasem jest mocniej, ostrzej – wtedy pojawiają się skojarzenia z P.J. Harvey albo Velvet Underground, ale zwykle delikatniej, miękko – i wpadamy w tę wielką przestrzeń pod nazwą indie rock.
Ale pal licho terminy i definicje. Nieco „przybrudzona”, czasem przesterowana, niestrojąca idealnie gitara oraz zdecydowanie większe umiejętności obu panów stanowiły bardzo interesującą mieszankę. Prymitywizm spod znaku VU czy punka na zmianę z ładnymi melodiami – wszystko już było. A jednak jest w Sarrano coś frapującego, przyciągającego uwagę. Coś, co nie pozwala przejść obojętnie obok jej propozycji.
Andrea Schroeder
Kwadrans na przemontowanie sceny i pojawia się na niej młoda postać z Berlina, autorka jednej póki co płyty – Blackbird. Głos porównywany z jednej strony do Marleny Dietrich, z drugiej do Nico. Do tego trzech facetów: gitara akustyczna (częściej, choć zwykle z przystawkami) lub elektryczna, gitara basowa, perkusja i harmonie w rękach frontmanki. Znakomite, oszczędne brzmienie, głos może nie potężny, ale niski i magnetyczny.
Znajdujemy się w klimatach Velvetów (znów), Lou Reeda, Nicka Cave’a czy też Davida Bowiego – zresztą mamy do czynienia w sporej części z coverami. Ale jakże smakowitymi! Miałem problem po rokendrolowym pierwszym secie wejść w te psychodeliczne, mroczne i precyzyjnie odmierzone utwory. Przy bodaj czwartym utworze dałem się jednak uwieść – świetnym instrumentalistom i mało niemieckiemu wdziękowi liderki. I pozostałem tak, oczarowany, do samego końca.
*
Prawie trzy godziny grania, ale ani trochę znużenia, zmęczenia. Dwie młode wokalistki i dwa różne podejścia do muzycznej materii. A jednak postawienie ich obok siebie na scenie było zdecydowanie uzasadnione. W obu jest pasja, świeżość i radość grania dla ludzi. Brawa należą się także organizatorom dwudziestego drugiego już festiwalu Ars Cameralis za umiejętność wyławiania takich bursztynów z bezmiaru najróżniejszych możliwości.
(Thayer Sarrano i Andrea Schroeder, Ars Cameralis Katowice, Rialto, 12 listopada 2013)
[14 listopada 2013]