Co robić, kiedy nie zachwyca? – Lao Che, Kinoteatr Rialto, 15 listopada 2013

Główni autorzy Blog and rolla przenieśli się do

blogandroll.natemat.pl

tu zrobiło się tak cicho, że postanowiłam coś napisać. Zwłaszcza że pojawiła się sposobność. Byłam (sama) na koncercie Lao Che.

[more]

Dawno już chciałam pójść, znałam ich tylko z radia, z kilku wydanych płyt, i to niezbyt dobrze. Wreszcie nadarzyła się okazja. Moje ulubione Rialto, żaden tam spęd halowy (to zresztą nie zespół na takie miejsca), tylko koncert na

cztery i pół setki oddanych fanów.

Niby wszystko mi się zgadzało – fantastyczna energia płynąca ze sceny, spontaniczność i nieudawana radość grania ze sobą, a to zawsze podoba się publiczności, wreszcie znakomity warsztat muzyczny i świetne teksty, a w nich wiele nawiązań do Biblii, do literatury. Czegóż chcieć więcej?

A jednak z minuty na minutę byłam coraz bardziej znużona. Co jest ze mną nie tak? Czego brakuje?

Niczego. Wszystkiego jest dosyć, ba, nawet w nadmiarze. I chyba ta nadmiarowość mnie tak wymęczyła.

Zespół zaczął od trzęsienia sceny. I tak już pozostało, na wysokim ce. Na pierwszy ogień (nomen omen) poszły utwory z płyty Gospel, na czele ze znakomitym Hydropiekłowstąpieniem i Czarnymi kowbojami. Potem było przejmujące Życie jest jak tramwaj i Prąd stały/prąd zmienny z płyty pod tym samym tytułem.

Im dalej, tym

bardziej elektronicznie i hiphopowo

(ostatni Soundtrack), i to już zdecydowanie nie była moja bajka. Choć przyznaję, że gryzł w oczy snujący się Dym (Rzuciłem palenie i kościół też/Do pierwszego czasem wracam, do drugiego – nie) i zadziwiała prawdziwością autorefleksji Na końcu języka (Odgadł zagadkę bytu ten, co gębą tak rusza, że/gęba się porusza, a wyraża się dusza).

Mało jest zespołów, w których wszyscy świetnie śpiewają. A tu tak było, cały sześcioosobowy skład nie stronił od mikrofonów, wręcz przeciwnie, wyśpiewywano wszystko od pierwszej do ostatniej nuty. Nie było miejsca na jakieś tam solówki, nikt nie wychodził, Boże broń, przed szereg, no może z wyjątkiem Spiętego, ale on, wiadomo nie jest łatwy w związkach – to jedno/A w tych wyznaniowych to już na pewno.

To granie nie ma raczej anglosaskich korzeni, nie wyrosło z bluesa, rokendrola, nie ma w nim swingu. Bliżej mu – tu się zawahałam – do dramatyzmu piosenki francuskiej, wykoncypowania piosenki aktorskiej.

Publiczności się podobało,

dawno nie widziałam takich tłumów śpiewających z ulubionym wykonawcą. Trzeba przyznać, że zespół się nie oszczędzał, dał długi, bardzo energetyczny koncert, ze starannie dobranym światłem i wizualizacjami.

Co robić, kiedy nie zachwyca? Nic. Słuchać dalej. W tym morzu dźwięków znajdą się te warte wyłowienia. I niewykluczone, że będzie to jakiś kawałek Lao Che.



Dodaj komentarz