Powrót marnotrawnego – Sting, The Last Ship, 2013

Jak po odwołanym koncercie Erika Claptona w Spodku (bagatela, 1979 rok) długo miałem uraz do tego artysty, tak to, co zrobił Sting z kolegami Policjantami w 2008 roku na Stadionie Śląskim wbiło, zdawało mi się, ostatni gwóźdź do trumny fana.

[more]

Mój ukochany muzyk lat 80.,

autor wspaniałych pierwszych solowych płyt, w ostatnich latach dość rozpaczliwymi metodami walczył o utrzymanie popularności i regularne wpływy na konto. Zastanawiałem się, jak można tak nisko upaść. Na przykład grać za kasę dla dyktatora. Albo mieć za nic wielotysięczną publiczność i schodzić ze sceny po sześćdziesięciu pięciu minutach, a wszystko to wskutek niechęci do starych kumpli z zespołu, która mimo upływu wielu lat tak łatwo uaktywniła się w czasie zaledwie paru tygodni światowego tournee.

Pora chyba jednak zrewidować opinię, przynajmniej w kwestii najbardziej merytorycznej: muzyki. Sting po słabych i słabszych latach złapał wyraźnie

drugi oddech.

Świeży i zdecydowanie przypominający, że jest artystą z najwyższej półki.

W 1997 roku Paul Simon wydał płytę Songs From The Capeman z piosenkami skomponowanymi do broadwayowskiego musicalu. Była to kompletna klapa – tak dla propozycji scenicznej, jak dla albumu i samego Simona. Jest to dla mnie zupełnie niepojęte – płytę mam i wciąż słucham jej z ogromną przyjemnością.

Nie wiem, jaki los spotka musicalową odsłonę The Last Ship (premiera przewidziana jest na przyszły rok). I niespecjalnie mnie to zajmuje. Musical jest mi formą zdecydowanie obcą – liczy się tylko materiał muzyczny, a ten albo się broni, albo nie.

Nowa płyta jest po prostu bardzo udana. Sting napisał jedenaście dobrych, bardzo dobrych i znakomitych piosenek, z których kilka pewnie znajdzie miejsce pośród najpiękniejszych i najlepszych w jego karierze. Które dokładnie, chyba za wcześnie mówić. W tej chwili, na gorąco, poza dobrze już znanymi tytułową i Practical Arrangement, moją uwagę zwracają August Winds, Language Of Birds czy I Love Her But She Loves Someone Else. Ale całość to czterdzieści pięć minut

kojących dźwięków

nadających się na początek lub zakończenie dnia, na każdą inną porę, by móc się wyciszyć. Nie przeszkadzają mi zastosowane tu i ówdzie musicalowe patenty, natomiast irlandzkie rytmy w What Have We Got? dodają tylko urody albumowi.

Głos Stingowi z biegiem lat się zmienił. Z wysokich rejestrów niewiele dziś zostało. Barwa zmatowiała, ale mocy nie utraciła. Dzięki tej szorstkości klkakrotnie znajdujemy się jeszcze bliżej wybranego przez artystę tematu – upadku stoczni w Newcastle.

Jako zdradzony fan już pewnie nigdy nie dam się bez reszty pochłonąć muzyce Gordona Matthew Sumnera. Ale, ledwie od paru dni smakując jego nowe piosenki, chciałbym, by utrzymał ten poziom w następnych latach.

Marnotrawny przez około dekadę artysta wraca do wielkiej formy. Marnotrawny fan znów melduje się w gronie sympatyków.

Dodaj komentarz