Rok temu jesienią mieliśmy szczególny wysyp klasyki. Teraz może nie jest to tak zmasowany atak, ale nestorzy reprezentujący co najmniej dwa pokolenia znów dają o sobie znać. Buddy Guy, Paul McCartney, Elton John, Sting, Sammy Hagar, Gov’t Mule, Pearl Jam. Do tego Kings of Leon, Manic Street Preachers, Arctic Monkeys. Nad Wisłą kobiety: Edyta Bartosiewicz, Anita Lipnicka, Ania Rusowicz. Strach brać się za taką wyliczankę.

[more]
Z paru powodów. Po pierwsze, bo zawsze się kogoś pominie. Po drugie, bo trzeba się trzymać za kieszeń. Jeśli moje polowanie na dawniej wydane płyty skupiam przede wszystkim na tych, które są do zdobycia za niewielkie pieniądze (a jest ich całe morze, więc i tak portki można stracić), o tyle w przypadku nowości o okazjach raczej nie ma mowy. Może tylko szybkie porównanie MM i Amazona.
Nie ma litości – znikąd. Rynek i sieci sklepowe chcą mnie wycisnąć jak cytrynę. Artyści co prawda powiadają, że nagrywają rzadko, ale przecież jest ich tak wielu. O żonie i o własnym poczuciu przyzwoitości nie wspomnę. A jeść i płacić rachunki trzeba.
Tyle muzyki, tyle nowej muzyki. Jeszcze nie wiem, dopiero sprawdzam, nad czym tak naprawdę warto się pochylić. Na którą płytę wydać złotówki z przeświadczeniem, że będzie ochota, by wracać do niej wielokrotnie i przez długie lata. Bo inaczej, moim zdaniem, nie warto. I jak tu sobie poradzić? Po prostu okropność.
Mam wreszcie to, o czym jako młody człowiek marzyłem. Jest pięknie.
