Jakiś czas temu wystrzelałem się z zapasów, ze starych, długo czekających na swoją kolejkę notatek. Oczywiście, coś tam w zanadrzu jeszcze mam, ale są to albo teksty nieukończone, których pisanie z tych czy innych powodów przerwałem, albo te mniej – w blogu muzycznym – istotne, zamieszczane w cyklach „Języczek u wagi” lub „Zbieg z okoliczności”.

[more]
I tak mi przyszło do głowy, że z blogiem jest jak z tamagotchi. Niektórzy jeszcze pewnie pamiętają ten szał sprzed bodaj kilkunastu lat, gdy dzieci płci obojga wielokrotnie w ciągu dnia zajmowały się swym elektronicznym na przykład zwierzakiem (było, zdaje się, parę wersji do wyboru).
Z blogiem jest podobnie. Oczywiście, z jednej strony chłopski upór, by ciągnąć to dalej i wciąż. Bo przecież nie o wszystkim jeszcze napisałem, ba! – po prawdzie, to raczej napocząłem ledwie temat nie do opisania. A jednak, nieuchronnie, prowadzenie bloga nakazuje opiekę nad nim. Trzeba go nakarmić, wrzucać w miarę regularnie nowe teksty. Wyprowadzać na spacery, czyli sprawdzać, co też – ewentualnie – pojawia się w komentarzach, zerknąć dla przyzwoitości, co porabiają inni blogerzy, co im w szufladkach piszczy. Nawet na urlop ze sobą zabrać, by z oczu na zbyt długo nie stracić.
Więc wciąż dbać, by był nakarmiony, przewinięty w świeżą pieluchę, reagować na ślady wysypki czy przeziębienia.
A jak nie – to szybko dostaniesz po łapach. Znaczy: po statystykach. Nawet jeśli wiemy, że pojęcie prawdy dzieli się – filozoficznie – na prawdę, całą prawdę i g…o prawdę, zaś ekonomicznie na prawdę, całą prawdę i statystykę, to przecież czego tu się trzymać innego, jak nie statystyk właśnie? No bo jeśli przestajesz pisać do szuflady, wychodzisz do ludzi, to chcesz, pragniesz, by się pojawili, by byli. I nie odchodzili za daleko.
