Marcin Świetlicki to frontman o wdzięku słonia w składzie porcelany, nieobdarzony przez naturę szczególnym głosem. Mamy więc faceta, który raczej stoi po prostu na scenie, od czasu do czasu wykonując tylko dziwne, nieskoordynowane ruchy. To, co wydobywa z gardła, bliskie jest melorecytacji. Głos ma męski, głęboki, już po lekkim tylko dociśnięciu – romantyczno-modernistycznie charczący.

[more]
Ten czołowy przedstawiciel poezji współczesnej, nie tylko swego pokolenia (urodzony w 1961 roku) jest jednak bardzo świadomy tego, o czym napisałem wyżej. Dostatecznie
zdystansowany wobec siebie,
a może po prostu wyznający zupełnie inną estetykę przekazu artystycznego, by wziąć do ręki gitarę albo dać robotę gitarzyście – i w stylu Kaczmarskiego czy Gintrowskiego cierpieć za ojczyznę, Kraków czy choćby we własnym tylko imieniu (dał temu zresztą wyraz w jednym pastiszu).
Zatrudniając muzyków rockowych, uzyskał szczególny efekt. Jego wiersze z poetyckich piwnic, zadymionych knajp i mieszkań, gdzie toczone są późnonocne rozmowy o Polsce, świecie i literaturze, zbłądziły pod strzechy większych i mniejszych klubów muzycznych. Oczywiście, adresatami jego przekazu nie stali się miłośnicy hip-hopu czy popu, a raczej ci, którzy słuchają Janerki czy Waglewskiego, bo do tych klimatów muzycznych jest Świetlikom niedaleko.
Przekaz literacki
lidera zyskuje w ten sposób całkiem dużą tubę, gromadząc na widowni trochę inną publiczność, także – jak wczoraj – poetów. Błogosławiony dystans do siebie sprawia, że lider raz po raz ironizuje – wprost lub nie – na temat swojej obecności i miejsca na scenie, a jednocześnie, jak każdy artysta, spragniony jest ludzkiego, to jest słuchaczy, uznania. I sądzę, że nieźle sobie radzi z tą dychotomią.
W tym miejscu wypada mi się wreszcie przyznać, że jakoś do tej pory muzyka Świetlików omijała moje uszy. Dlatego też wszystko albo prawie wszystko było dla mnie wczoraj bardzo nowe. Ale nie tylko dla mnie, bo zespół lwią część występu poświęcił na zaprezentowanie nowego, jeszcze nieopublikowanego materiału, który znajdzie się na albumie Sromota.
Stąd te skojarzenia Janerkowe i Waglewskie (u tego pierwszego łagodności dodaje małżonka wiolonczelistka, u Świetlickiego klawisze i prześliczna skrzypaczka). Ale też zupełnie inne – jest w tym coś z Waitsa i Cave’a, jest mrocznie, spod znaku psychodelii czy nowej fali – w duchu Joy Division. Za sprawą basu nietrudno dopatrzeć się także wpływów New Order. Gitara z kolei raz po raz zapuszczała się w klimaty znane z piosenek U2 i patentów Edge’a.
I takie
zaplecze muzyczne,
bardzo solidne warsztatowo, zdecydowanie ocala przekaz Świetlickiego. Jest w nim za dużo autoironii, by cierpieć w stylu Wójtowicza czy Czyżykiewicza, rockowa formuła zwykle nie lubi stosowania dźwięków najcieńszych, tych nut rozedrganych bogoojczyźnianą frazą. Rock jest anglosaski, gdzieś pomiędzy, stonowany, a nie francusko-rosyjski, plujący krwią ze sceny aż do ostatnich rzędów na widowni.
Na żywo broni się więc ta muzyka z tekstem (a może tekst z muzyką, w tej kolejności) zdecydowanie. Dlatego, że „jeśli powstaje na dworze, to nie na polu”, dlatego, że nie jest to sztuka salonowa. Świetlicki ma w dupie salony literackie, wzdycha tylko z nostalgią: „Co to za poezja, która nie ocala ani człowieka, ani robala”. I że, jak sam powiedział, są to piosenki głupie, ale głębokie.
I jest mi to, przyznam, w wielu momentach bardzo bliskie. Zaś w odczuwaniu tej bliskości moja wspólnota pokoleniowa z liderem nie ma – jak mniemam – pierwszorzędnego znaczenia.
