Czas królowych – Queens of The Stone Age: … Like Clockwork , 2013

Po sześciu latach przerwy ukazał się nowy, szósty studyjny krążek QOTSA. Josh Homme sprawił sobie na czterdziestkę wspaniały prezent: nagrał bezdyskusyjnie najlepszy album w swoim życiu. Choć mam świadomość podjętego ryzyka, głosząc peany na gorąco, mam też poczucie, że w tym przypadku znakomicie udało się połączyć tradycję gitarowego grania i najistotniejsze cechy własnego stylu – z ostatnimi rockowymi trendami, jednakże dobrze już oswojonymi. To trochę jak z nowym modelem samochodu, który swoje najlepsze egzemplarze daje światu mniej więcej w rok – dwa lata po rozpoczęciu produkcji i wyeliminowaniu usterek, jakie ujawniły się w początkowej fazie produkcji.

[more]

Skojarzenia są rozliczne:

fantastyczne falseciki, zwłaszcza w chórkach, przywodzą na myśl Jacka Bruce’a i Cream, partie z towarzyszeniem fortepianu (choć nie tylko te) – The Beatles, ciężkie pociągnięcia gitary – przypominają styl Black Sabbath i starego QOTSA. Muzyka zespołu zdecydowanie jednak zelżała, już nie przytłacza swą kamienną monochromatycznością, jak to wielokrotnie miało miejsce dawniej. No i wreszcie – w takim numerze jak Kalopsia – mamy ukłon w stronę „zdyscyplinowanego” King Crimson.

Obcowanie z muzyką, jak zresztą z każdym innym rodzajem twórczości, jest czymś bardzo specyficznym i nieprzewidywalnym. Formuła rokendrola, wydawałoby się, dawno rozpoznana i rozpisana na wszelkie możliwe środki wyrazu, wciąż potrafi zachwycić. Wśród płyt cieszących ucho, dostarczających wielu wspaniałych wrażeń, zdarza się otrzymywać od czasu do czasu coś szczególnego. I to są najpiękniejsze momenty konsumpcji. Gdy mamy nieodparte wrażenie, że oto dane jest nam obcować z dziełem sztuki wielkiej miary, pozornie ulepionym z dobrze już znanych elementów, a jednak cudownie zaskakującym. Mieniącym się wielością pomysłów, olśniewającymi melodiami, kapitalnymi zagrywkami gitarowymi.

To

wdrapanie się na sam szczyt,

które stało się udziałem Homme’a i jego kolegów, jest kolejnym w muzyce splotem wielkiej formy wykonawczej i wzlotu twórczego. Wszystko w tych utworach wydaje się takie oczywiste, przechodzenie od jednej nuty do drugiej, karkołomne, a niezwykłej urody zmiany tempa i nastroju. Bogactwo inwencji skutkujące łatwością, z jaką w jeden utwór wkłada się pomysły, które innym musiałyby wystarczyć na kilka piosenek.

Spoglądam wstecz, by przypomnieć sobie, kiedy i która płyta z premierowym materiałem zrobiła na mnie tak wielkie wrażenie, była równie wspaniałą niespodzianką  – i nie potrafię sobie przypomnieć.

Czy nowy krążek Queens to arcydzieło

– nie wiem, zbyt wcześnie o tym mówić, ale zdecydowanie jest to jedna z najwybitniejszych płyt wydanych dotąd w XXI wieku. A ponieważ, jak napisałem wcześniej, ulepiona została z gliny już rozpoznanej, powinna dobrze poradzić sobie z upływem czasu. Bo – jak pokazuje historia sztuki – awangarda starzeje się najszybciej, ostają się natomiast dzieła mniej szalone, świeże, jednakże umiejętnie nawiązujące do tradycji i w twórczy sposób ją przetwarzające. Nowy album QOTSA jawi mi się właśnie takim dziełem.

Po prostu pychota, dowód na to, że dziadek rokendrol trzyma się świetnie i wciąż potrafi zaoferować światu rzeczy zaskakujące. Zabrzmi to może zbyt egzaltowanie, ale jako rockfan stwierdzam, że dla takich chwil warto żyć i mieć uszy. I skręca mnie, że zespół niebawem zagra w Gdyni, a mnie tam nie będzie…

Dodaj komentarz