Z emocjami i nastrojami jest trochę tak, jak z kręceniem potencjometrem w odbiorniku radiowym w poszukiwaniu odpowiedniej stacji. Odpowiedniej do tego, co czujemy w danej chwili. Zwykle mamy te swoje ulubione, od lat, i darzymy je większym lub mniejszym zaufaniem. Jednak czasem korci nas, by poszukać czegoś jeszcze. Albo też, po prostu, wrócić w pewne dobrze znane miejsca, tyle że odwiedzane rzadziej.

[more]
I jeśli zwykle pragnę gitar, choć niekoniecznie dosypujących do pieca, czasem szukam
dźwięków dających ukojenie,
wydobywających z faceta pierwiastek kobiecy. Więc zdarza się, że mam ochotę na „lirykę, tkliwą dynamikę, angelologię i dal”, by posłużyć się fragmentem piosenki Grzegorza Turnaua. I ciepły damski głos zwykle lepiej mi pasuje do takich klimatów niż głos mężczyzny. Może też w ten sposób przejawia się tutaj moja orientacja zdecydowanie hetero, pragnienie, by kobieta uosabiała cechy kiedyś, dawno temu, przypisane jej płci, jej płci przynależne, a w ostatnim czasie coraz trudniej odnajdywane – i w wyglądzie, i w sposobie bycia istot statystycznie zdecydowanie piękniejszych.
Suzanne Vega czy może Eva Cassidy? Nie, to nie o nich, choć mogłoby być. Będzie o Angielce Sarah Joyce, urodzonej w Islamabadzie w 1979 roku, a występującej pod pseudonimem Rumer. Wokalistce, która dotąd wydała
dwa albumy
– Seasons of My Soul w 2010 i Boys Don’t Cry w 2012 – otwierała koncerty m.in. Burta Bucharacha i Eltona Johna. Właśnie ten pierwszy odkrył ją dla szerszej publiczności, usłyszał w jej głosie barwę tak dobrze kiedyś znaną – nieżyjącej już Karen Carpenter.
I takie to są nagrania. Nic, absolutnie nic nowego, odwoływanie się do klasycznej formy piosenki i aranżacji rodem często gdzieś z lat 70., tu i ówdzie nawiązujących do soulu. Ale głos mamy zdecydowanie biały, pięknie brzmiący w niskich rejestrach (wypisz wymaluj Carpenter) i
urzekająco, aksamitnie
w wyższych.
Jako całość jej debiut fonograficzny z pewnością nie poraża, ale jeśli na większą, a nawet całkiem dużą uwagę zasługują utwory stanowiące ponad pół płyty, to nie jest to mało. Do moich zdecydowanych faworytów należą Thankful, Healer i On My Way Home, piosenki pełne liryzmu, niezwykle nastrojowe, pięknie, delikatnie zaaranżowane. Ale kilka innych niewiele im ustępuje – Come To Me High, Slow czy Blackbird.
Rumer z rzadka pojawia się na antenie polskich stacji radiowych i chyba popularności nad Wisłą szczególnej nie zdobędzie. Świata też raczej nie podbije, ale swymi delikatnymi nutami jest w stanie ukoić niejedno skołatane serce.
