Wyrwane z kontekstu: Thin Lizzy, Hey You

W odstępie kilku miesięcy świat ujrzały dwie piosenki o tym samym tytule. Pierwsza pochodzi z The Wall Floydów, stanowiąc jeden z najjaśniejszych punktów dwupłytowego albumu, o tej drugiej mało kto dziś pamięta.

[more]

Irlandzki band, na którego czele stał Phil Lynott, choć nigdy nie wytyczał nowych rockowych szlaków, w latach 70. stanowił dobre nawiązanie do prostoty tej muzyki sprzed dwóch dekad. W okresie, gdy rozpadli się Deep Purple, dołowali Black Sabbath, gorzej wiodło się Led Zeppelin, stanowili ścisłą czołówkę mocnego grania. Świetną wizytówkę grupy stanowi koncertowy Live And Dangerous (1978).

Dzisiaj sięgam jednak do nagrania z 1980 roku kończącego bardzo udany album Chinatown. Lynott miał rękę do gitarzystów – współpracował z TL Gary Moore, a na tej płycie słychać Snowy’ego White’a.

Hey You to kawał solidnego rokendrolowego łojenia zbudowany na bazie powracającej reggae’owej zagrywki (przy okazji mały cytat z The Police). A w środku – żaden tam grzeczny kominek za szkłem w living roomie, tylko żar buchający z wielkiego pieca hutniczego.

Lynott, lider i mózg zespołu, zmarł w 1986 roku w wieku zaledwie trzydziestu sześciu lat. To, że dziś można ujrzeć w prasie anonse o występach kapeli o nazwie Thin Lizzy, również w Polsce, wydaje mi się nadużyciem, zwłaszcza w kontekście bezustannie zmieniającego się przed laty składu. Cóż, kasa nie śmierdzi.

Weather Report

W czwartek – Chuck Berry. Czas najwyższy było o nim napisać.

Dodaj komentarz