Jeźdźcy burzy odchodzą

Zawsze kiedy umierają ludzie znani, lubiani przez nas, cenieni – świat robi się mniejszy i smutniejszy. Gdy te śmierci dopadają nas w odstępie kilku dni – ból jest jeszcze większy. I świadomość, że skoro odchodzą, to i my, ich wielbiciele sprzed wielu już lat, też młodzi nie jesteśmy. Nasze autorytety i nasi idole w coraz większej grupie są już „tam”. Biologia jest bezwzględna i nieubłagana.

[more]

Dopiero co mieliśmy możliwość obejrzeć w sobotnie wieczory w TVP Kultura historię powstania pierwszego, a potem ostatniego albumu The Doors – L.A. Woman – wydanych za życia Jima Morrisona. Wielki zespół, dwie najlepsze płyty w jego dorobku. Wspaniałe opowieści całej trójki: Raya Manzarka, Robbiego Kriegera i Johna Densmore’a.

I kolejny raz rodzi się pytanie, ile trzeba, by przejść do historii? I drugie, jakiż ta historia przybierze ostatecznie kształt? Tych czterech starannie wyedukowanych młodych ludzi intensywnie działało ledwie parę lat. Wszystkie ważne nagrania powstały w okresie 1967-1970. To, co po śmierci Morrisona zrobili trzej panowie, nie może się już równać skalą dokonań z twórczością The Doors. No i druga kwestia – co zostanie z rokendrola za kolejnych pięćdziesiąt lat? Wydaje się, że wiele z tego, co dzisiaj, ale czy na pewno? Jeśli Chuck Berry, Beatles, Rolling Stones, Dylan czy Doors przetrwali próbę ponad lub niemal półwiecza, to może ostaną się także w przyszłości jako ci z grona najważniejszych?

Ray Manzarek, wnuk polskich emigrantów urodzony w 1939 roku, zmarł wczoraj w Niemczech. Każdy, kto miał okazję popatrzeć na zapisy z koncertów słynnego kwartetu, musiał zapamiętać jego charakterystyczną sylwetkę. Kwadratowa szczęka, okulary, spokój – intelektualista przy klawiaturze. I ten klawiszowy bas, który obsługiwał jedną dłonią, drugą wyczyniając niezłe hołubce na organach. W pięknym Hyacinth House przypomniał o swych korzeniach, cytując Chopina.

– Hej, staruchu!

– Hej, Ray, jak się masz?

– Świetnie. Myślałem, że pojechałeś do Nowego Jorku.

– Nie, zostałem tu (…). Piszę…

– Piszesz? A co piszesz?

– O, nic takiego. Po prostu piosenki.

– Piosenki? – ucieszył się Ray. – Zaśpiewaj mi jakąś.

Jim usiadł na piasku. Ray ukląkł naprzeciw niego. Jim zaczął się kołysać, wyciągając ręce na boki i przesypując piasek między palcami. Przymknął oczy. Wybrał pierwsze wersy Moonlight Drive. Słowa popłynęły powoli i wyraźnie:

 

 Popłyńmy do księżyca / ooch

 W górę, po fali przypływu

 Zanurzmy się w wieczorze, tam

 Gdzie we śnie kryje się miasto…

 

Kiedy skończył, Ray wykrzyknął:

– To najlepsze cholerne teksty, jakie słyszałem! Chodź, założymy zespół rockandrollowy i zarobimy milion dolarów!

– Otóż to – odpowiedział Jim. – Właśnie o tym myślę przez cały czas.*

 

Czy są już po pierwszej od lat próbie? I jaką tym razem piosenkę Jim zaśpiewał Rayowi?

 

_____________________

* Fragment książki Nikt nie wyjdzie stąd żywy Jerry’ego Hopkinsa i Danny’ego Sugermana. Polskie wydanie w przekładzie G. Grątkowskiego. Britannica Press & Education 1992.

Dodaj komentarz