Z niejakim przerażeniem skonstatowałem właśnie, że od wydania ostatniej płyty Edyty Bartosiewicz mija już piętnaście lat. Jest takie powiedzenie: jak spaść, to z wysokiego konia. Tylko jak ma się ono do delikatnej materii, jaką jest twórcza działalność człowieka? A jeśli tak – w 1998 roku mieliśmy do czynienia z zaledwie kucykiem.

[more]
Bartosiewicz była
artystką gotową,
gdy pojawiła się na naszym rynku muzycznym. Jeśli ktoś kiedyś ten rynek rozsadził, to ona była jedną z takich osób. Pamiętam, jak wielkie wrażenie zrobiły na mnie pierwsze nagrania Holloee Poloy (Bartosiewicz, Derentowicz, Siegel, Kunikowski, Grzelak, Poliński, Walter), które trafiły na antenę Trójki. To był jeden z tych momentów, w których doganialiśmy muzyczny świat. Pamiętam też, jak wokalistka skarżyła się, że nikt nie jest zainteresowany wydaniem ich muzyki. Ostatecznie płytę opublikowały w 1990 roku Polskie Nagrania.
Ubolewałem nad rozpadem HP, ale krążek Love (1992) robił wielkie wrażenie. A w 1994 przyszła pora na debiut po polsku. Sen okazał się największym sukcesem artystki, śpiewanie w Polsce po polsku wciąż ma sens największy. Do tego zwrot w stronę porządnego, gitarowego rocka – to wtedy między Odrą a Bugiem mogło liczyć na szczególny odbiór. Cośmy się nasłuchali tej płyty w domu, z trzyletnimi wówczas synami bliźniakami!
Dziś widać, że ta wolta była początkiem końca. Równią zdecydowanie pochyłą. Z dotychczasowego rozmachu i finezji nie za wiele zostało, choć dobre kompozycje sprawiły, że całość trzymała poziom, album świetnie się sprzedawał i przyniósł
Fryderyki.
Szok’n’show (1995) był próbą powtórzenia patentów poprzedniczki, ale wyraźnie mniej udaną. Kolejny krążek w tej stylistyce, Dziecko (1997), dowodził poważnego kryzysu. Wodospady (1998) wydały mi się tak słabe, że nie zdecydowałem się na zakup tej płyty. Ani wtedy, ani wiele lat później, gdy mogłem ją nabyć za bodaj dziesięć złotych. Tylko po co, jeśli wiedziałem, że być może nie włożę jej drugi raz do szufladki. Coraz bardziej drażniące, niedbałe śpiewanie w stylu Gawlińskiego, słabe, nijakie kompozycje. Więc nie dziwię się, że wykonawczyni – po świetnym początku kariery i późniejszej wyraźnej zapaści – zamilkła. Ale na bardzo, bardzo długo. Czy ma jeszcze coś istotnego do powiedzenia?
*
Pierwsza solowa płyta,
choć jest znakiem swoich czasów, pewnych modnych wtedy rozwiązań brzmieniowych, aranżacyjnych – bardzo dobrze broni się po latach. Krążek dopracowany jest w najdrobniejszych szczegółach. Nie wiem, w jakiej mierze jest to zasługą samej artystki, a na ile współpracowników. Faktem jest jednak, że na żadnej z późniejszych płyt takiej dbałości o każdy fragment piosenki już nie było.
Love to bardzo szlachetne połączenie popu i rocka. Smakowitość studyjnej roboty przywodzi na myśl trochę wcześniejsze solowe dokonania Grzegorza Ciechowskiego. Nad wszystkim czuwał Rafał Paczkowski, który też zagrał na instrumentach klawiszowych, a liderkę wspomagali byli koledzy z zespołu – Paweł Derentowicz i Krzysztof Poliński, a ponadto Jan Borysewicz, Krzysztof Ścierański i Wojciech Kowalewski. I to po prostu słychać.
Bartosiewicz w świetnej formie – kompozytorskiej i wokalnej. Była wyraźnie w natarciu, gotowa podbić świat (choć wyprawa do Londynu akurat udana nie była), a z pewnością potwierdzająca
obecność w ścisłej czołówce
rodzimego grania. Czterdzieści sześć minut z kawałkiem, dziesięć znakomitych i bardzo dobrych piosenek. Wielki, wielki talent, nadzieja na wiele lat obecności na scenie, wiele świetnych płyt – przecież to był dopiero początek drogi.
Wciąż trudno uwierzyć, że trzy pierwsze płyty wyczerpały potencjał twórczy Pani Edyty. Dziś jest – nie wypominając – osobą dawno po czterdziestce, lecz jak dowodzi wiele innych przykładów w historii rocka, jeszcze sporo może zdziałać. Oczywiście, lepiej milczeć, niż nagrać słabą płytę. Jednak starzy fani (a do nich się zaliczam, mimo iż kręcę nosem) nie chcą przyjąć do wiadomości, że Bartosiewicz jest już tylko eunuchem w spódnicy, co to wie jak, ale nie potrafi.
Ostatnio napisała na fejsbuku: „To moment dla mnie wyjątkowy. Mogę w końcu podzielić się z Wami czymś dla mnie naprawdę ważnym. Siedzę w domu i słucham tego, co wydarzyło się w studiu. Trzynaście zgranych numerów.
Cała płyta. Najpiękniejsza,
jaką kiedykolwiek nagrałam. Czuję wzruszenie i coś, czego nie umiem jeszcze nazwać… Dziękuję Wam za wszystko, za to, że nigdy we mnie nie zwątpiliście, tak jak ja nie zwątpiłam nigdy w siebie”.
Nowy album ma się ukazać po wakacjach, singiel jeszcze przed. Oby słowa wokalistki nie były jedynie zaklinaniem rzeczywistości – mocnym pragnieniem, by wrócić w wielkim stylu, ze świetnym materiałem.
