Must Be The Voice of Factor czyli telewizyjne formaty muzyczne

Przyznaję, podglądam, choć coraz mniej uważnie, bez emocji. I poczucia, że komuś, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, otworzą się bramy niebios i uda się wydać płytę. I sprzedać ją w oszałamiającym nakładzie piętnastu tysięcy egzemplarzy, co spowoduje przyznanie Złotej Płyty. Albo, co istotniejsze, może niekoniecznie wygrać program, ale stać się na dłużej kimś istotnym w polskiej muzyce rozrywkowej.

[more]

Stacje telewizyjne,

zamiast dać odetchnąć, jakby się wściekły, postanawiając emitować swoje muzyczne Tour de Pologne o tej samej porze roku. I wszystko miesza się jeszcze bardziej, o gwiazdkach kolejnych odcinków zapominamy jeszcze szybciej, a nawet granie na naszych – widzów – emocjach odbywa się z coraz większym trudem. Bo napięcia nie da się podkręcać bez końca.

Ten program to naszej stacji cyrk, a ci ludzie to nasze małpy. Może którejś uda się wybić na niepodległość, ale w tej chwili nie ma to żadnego znaczenia, liczy się oglądalność. Ktoś jest niewidomy, ktoś wylądował w domu dziecka, kto inny nie chce znać matki, ktoś ma żonę, która spodziewa się dziecka, ktoś jest dzieckiem, które uwierzyło, że świat jest kolorowy jak format telewizyjny, w którym występuje. Ojej. Nieszczęść, jakie spadły na uczestników programów, jest niewiele mniej niż ich znakomitych, wyjątkowych, fantastycznych i

wiekopomnych „wykonów”.

Aż dziw bierze, że nikogo z tych wybitnych jeszcze przed właściwym debiutem artystów nie wprowadzono do Rock and Roll Hall of Fame.

W swej naiwności przed laty sądziłem, że tego typu programy są w stanie przynajmniej wyłowić talenty. Tak się nawet działo, dopóki było tego mało. Bezpowrotnie skończyło na „Idolu”, mniejsza, czy pierwszym (mówię z pamięci: Ala Janosz, Ewelina Flinta, Szymon Wydra, Tomek Makowiecki, Ania Dąbrowska), drugim (Krzysztof Zalewski), trzecim (Monika Brodka) czy czwartym (Maciej Silski). Próg coverów jest dla większości aspirantów nieprzekraczalny. Śpiewają niektórzy może i całkiem dobrze, część ma nawet niezły warsztat, wiele lekcji śpiewu za sobą, ale cóż z tego, jeśli na twarzy wypisane: Zróbcie coś ze mną, chcę być gwiazdą. Sprawcie, żeby – parafrazując Skaldów – coś się ze mną stało.

No i dzieje się. Sztab ludzi ciężko pracuje, byśmy nie zasnęli przed telewizorami i nie zapomnieli wysłać esemesów – stylistów, fryzjerów, prezenterów, realizatorów i kamerzystów. Muzyków i krytyków, którzy przesiedli się do jurorskich foteli. I sprawiają, że sen o potędze niektórym śni się do samego końca. Czyli do finału.

A potem, podejrzewam, różnicy aż tak wielkiej nie ma, choć zwycięzcom obiecano nagranie płyty. Generalnie jest tak, że

światła gasną,

przyjaciele z fejsbuka mają już nowych bohaterów w innych programach, coraz mniej ludzi rozpoznaje uczestników na ulicy. I nikt na nich nie czeka. Z piosenką, z zespołem, ze studiem nagraniowym. Nikomu już nawet nie chce się gęby otworzyć. I powiedzieć: przecież ty, dziewczyno czy chłopcze, nie masz od siebie nic do zaproponowania, absolutnie nic.

A trzeba by chociaż spróbować wymyślić jakąś melodyjkę i słowa, powiedzmy: Chcę całować twoje kolana, la na na, myślę o tym już od rana, na na na. Niektórzy próbują i, zdarza się, że im się udaje (mniejsza tu o definicję słów: uznanie, popularność, twórczość itp.).

Myślę – i w tym miejscu już nie kpię i nie żartuję – że ta poprogramowa cisza musi być dla tych ludzi straszna. Jak dalej żyć, co ze sobą zrobić? Ileż hartu, samozaparcia trzeba, by sobie z tym poradzić, by nadal próbować zaistnieć w branży. Zwłaszcza że, co ogólnie wiadomo, w niej udaje się niekoniecznie tym, co mają talent.

Kilka lat temu, w okresie największej ekspansywności „Idola”, z radością i ulgą odkryłem, że do mediów w dalszym ciągu przedostają się ci, którzy jakimś cudem ominęli edukację w tych wszystkich gwiazdoodkrywczych formatach, że nagrywają płyty. A niektórzy są nawet, po prostu, dobrzy. Czyli – że nie jest tak, jak wielokrotnie twierdził najbardziej ekstrawertyczny juror wszystkich tych programów, iż ten czy ów pojawił się przed nim i przed kamerami, by

wywrócić polski rynek muzyczny

do góry nogami. Po pierwsze, ten rynek jest od lat w zapaśniczym parterze, a po drugie – jeszcze żadne wykonanie jednej tylko piosenki nie odmieniło losów świata, choć są takie, o których świat pamięta i pamiętać będzie. Ale to nie żadna z tych, co pojawiły się i pojawią jeszcze w którymś z tych programów.

Sztuka to delikatna materia. A w branży z kolei nieraz przydatne są łokcie. Jak masz miękkie serce, musisz mieć twardą dupę. I inne jeszcze złote myśli. Więc większość – nieuchronnie – pluje sobie w brodę. A tylko nieliczni, ci naprawdę z iskrą bożą, w bródkę. W Brodkę.

Jeśli komuś kibicuję, to zespołom.

Rzadziej – czerpiącym z folkloru, częściej tym, co przyznają się do rokendrolowej proweniencji. I nie odtwórcom, a tym, którzy sami komponują. Czasem całkiem nieźle. Bo takim wykonawcom się nie dziwię, że próbują skrócić sobie drogę do popularności, wygrać lotną premię, a nawet cały etap. To, że próbują pisać, zdecydowanie uprawomocnia ich pojawienie się przed kamerami i mikrofonami.

Tylko że potem jest tak, iż szczęśliwcy wydają swoje albumy. Enej, Lemon, Damian Ukeje i inni. Gienek Loska ma na koncie nawet dwa. No i – czy zostaje tylko wzruszenie ramion?

I już na koniec – dwie zanotowane kiedyś wypowiedzi uczestników: „Chcieliśmy zaśpiewać i zatańczyć jednocześnie. Ale tego się nie da połączyć, jeśli się tego nie umie”. I jeszcze: „Może gramy nieczysto, ale za to nierówno”.

Dodaj komentarz