Chyba najbardziej błyskotliwa, a już z pewnością najkrótsza korespondencja między artystą (konkretnie: Wolterem) a wydawcą dokonała się parę stuleci temu i wyglądała tak:
Wolter do wydawcy: „?”.
Wydawca do Woltera: „!”.

[more]
Anegdotę tę przytacza w swej pięknej książce
„Alchemia słowa”
Jan Parandowski. Zajmuje się w niej procesem twórczym, metodami, jakie prowadziły do powstawania dzieł wybitnych. Dwa przeciwstawne bieguny są następujące. Autor całymi latami milczy, czekając na wenę, na przypływ sił twórczych, na pomysł, co sprowokuje go do tego, by przysiąść fałdów i zacząć pracę nad nową książką.
Druga – autor codziennie nastawia budzik na szóstą rano, dokonuje albo i nie porannych ablucji, ubiera się lub pozostaje w szlafroku, robi sobie kawę/herbatę i zamyka na wiele godzin w swoim gabinecie – i pisze. Zdanie, akapit, stronę, kilka stron. Codziennie, mozolnie wydobywając z siebie kolejne słowa.
Obie metody są równoprawne, jedna i druga wielokrotnie prowadziły na sam szczyt, do powstania arcydzieł. Było też tak, że ci, co czekali latami na łaskę pisania, żałowali potem straconych lat, tych przeżytych z dala od papieru i pióra.
II
Ostatnio, przy okazji nowego wydawnictwa Bonamassy, wpakowałem się
na linię ognia
na pewnym bluesowym forum. Co gorsza, niczym Leszek z „Daleko od szosy”, prosty chłopak ze wsi podpuszczony przez studentów, zacząłem wyjaśniać, kto to Joe B.
Szybko dałem sobie spokój. Muzyki lepiej słuchać, niż wdawać się w niekończące się dyskusje na nierozwiązywalne tematy. Muzyka nie jest matematyką. Nawet ta bluesowa, najprostsza z pozoru, nie poddaje się konkretnemu opisowi i jasnej ocenie. Muzyka to – posłużę się banałem – emocje. Na każdego działa w trochę inny sposób. Jednym podoba się to, drugim tamto.
Jan Parandowski zajmował się w przywołanej książce nazwiskami największymi. Sprowadzając wywód do działki mniejszej, skromniejszej – muzyki rockowej, twierdzę (nie ja jeden, czego są zresztą wyraźne dowody), że o robocie Bonamassy rozmawiać warto. Jedni odsądzają go od czci i wiary, że wydaje za dużo, za często, że gdyby nieco zwolnił, odbyłoby się to z pożytkiem dla artystycznej miary kolejnych wydawnictw.
Inni są zdania, że jeśli z każdej nowej jego płyty da się wyłowić dwa, trzy, cztery świetne numery, to już naprawdę jest coś. Coś, nad czym warto się pochylić.
Jeszcze inni powiadają, że co to za artysta (to już nie o JB), który każe czekać na swoją nową płytę osiem – dziesięć lat.
III
Nikt o zdrowych zmysłach nie zaprzecza dziś, że
rock’n’roll
jest niesłychanie ważnym zjawiskiem kulturowym i muzycznym drugiej połowy XX i początku XXI wieku. I że, tak jak w innych dziedzinach sztuki, młyn tu miele bezustannie. Nikt nikomu nie zabrania (zwykle) dokonywać takich czy innych ocen. Tych dotyczących wydawnictw sprzed lat, jak i jeszcze ciepłych.
Pamiętajmy jednak o tym, że czas w tym przypadku – tak samo, jak w każdym innym – bezlitośnie obejdzie się z większością wydawanych płyt i napisanych utworów. Nasze obecne typy, te tworzone na gorąco, można przypuszczać, nie okażą się tymi, których słuszność potwierdzi historia. Choć dla pasjonatów rocka niemałą przyjemność stanowi fakt, iż zjawisko to jest już dostatecznie stare i nobliwe, by o latach 50. czy 60. dało się mówić z większą dozą prawdopodobieństwa co do ocen trwałych, pewnych, że perspektywa czasowa pozwala już patrzeć na wykonawców z tamtych lat ze sporym – choć wciąż nie wiadomo, czy wystarczającym – dystansem.
IV
Jedna z moich koleżanek z pracy, gdy zgadaliśmy się kiedyś żartobliwie na tematy damsko-męskie, powiedziała:
– Czytałam, że faceci mają tego – tu się zawahała – nie wiem, nie pamiętam już,
dwa albo trzy wiadra.
Roześmiałem się i odparłem:
– Dobrze się zastanów, bo to zasadnicza różnica…
Jeśli powyższe odniesiemy do talentu, ile jego wiader może mieć artysta – nie potępiałbym Bonamassy. Nie wiem, czy przejdzie do historii muzyki rockowej. Ale nie wiem też, czy spowalniając dziś tempo pracy, ocali swoje siły twórcze na dłużej. Może tak, może nie. Tego nie wie nikt, nawet on sam.
Historia sztuk wszelakich to, w przytłaczającej większości – historia tworów niearcydzielnych. Musi tego dużo powstać, wielu ludzi musi próbować mierzyć się z tą czy inną artystyczną materią, by świat co pewien czas ujrzał dzieło ponadprzeciętne, wybitne.
No i miejmy w pamięci przypadek Norwida, niechcianego przez jemu współczesnych, ale łudzącego się, mającego nadzieję, że syn może jeszcze nie, ale wnuk na jego dziele się pozna. Nadzieję, jak wiemy, niepłonną. A także Maksa Broda, który nie wypełnił ostatniej woli Kafki i nie spalił jego dzieł.
Wystarczy. Jeśli ktoś doczytał do tego miejsca, bardzo mu dziękuję. W tle gra mi „nowy” Hendrix, Jest sobotnie popołudnie, idę coś poczytać. Wam proponuję to samo – i włączcie sobie jakąś dobrą muzykę.
