Z dziejów nie tylko harleyowców – TSA, Proceder, 2004

Gdzieś u progu lat 80. serca fanów rocka w Polsce zabiły raźniej: oto wreszcie pojawił się zespół grający ostro, mocno, w stylu AC/DC. Singiel przygotowany z dwiema stronami A (Mass media i Wpadka ) zdawał się potwierdzać pierwsze opinie.

[more]

Wątpliwości pojawiły się jednak szybko. Najpierw światło dzienne ujrzał 51, a trochę później

debiutancki album

specialite de la maison polognese – wydawanie zapisu koncertów jako debiutanckich płyt, w dodatku zwykle kiepsko realizowanych (SBB, Krzak, TSA). Nie przekonywał – zaznaczę na wszelki wypadek, że mówię we własnym imieniu – zbyt krzykliwy, operujący w zbyt jak na faceta wysokich rejestrach głos Marka Piekarczyka. Ale tym, co przeszkadzało mi najbardziej, były koszmarne, grafomańskie teksty (Idąc cmentarną aleją szukam ciebie, mój przyjacielu. Odszedłeś, bo byłeś słaby jak suchy liść). Jedyny kawałek, który zachwycił mnie w tamtym czasie, to Alien.

Byłem w miejscu, w którym właściwie dokonał się

rozpad zespołu.

Na kolejnych urodzinach Dżemu, zdaje się w 1989 roku, odprawianych w Spodku, miało też zagrać Tajne Stowarzyszenie Abstynentów. Pewni panowie uparli się jednak, by na scenę wjechać na harleyach, na co z kolei nie zgodzili się organizatorzy. Wreszcie przed mikrofonem stanął wściekły i wzburzony Piekarczyk, wszystkich przepraszając za to, co się właśnie stało, i obiecał, że za rok przyjedzie z własnym zespołem. I rzeczywiście przyjechał, choć sukcesu z nowym składem (Ball’s Power) nie odniósł.

Później działy się dziwne rzeczy, przez pewien czas istniały dwie grupy o tej samej nazwie – TSA i TSA Evolution. Lata jednak lecą, ludzie zwykle z wiekiem łagodnieją. Ale też uświadamiają sobie, co w ich życiu było najlepsze. I tak się dzieje, że znów schodzą się z tymi, których przed laty nie mogli ścierpieć, z którymi ciągle o coś się kłócili.

Tak też

TSA w 2001 roku

zebrało się wreszcie w swym najlepszym, starym składzie: Machel-Piekarczyk-Nowak-Niekrasz-Kapłon. Wciąż jednak nie dowierzałem, a Proceder zakupił mój syn Maciek. Posłuchałem – i  zdębiałem…

Wreszcie dostałem TSA, którego słucham z niekłamaną, wielką radością, który w wielu fragmentach zachwyca. Pieprzyć teksty, sam nie wiem, czy są choć trochę lepsze od tych dawnych. Głos Marka P., jak to z biegiem lat bywa, obniżył się – do bardzo już miłych dla ucha częstotliwości, nie tracąc przy tym nic z ekspresji. Najważniejsze jednak, że muzycznie jest rewelacyjnie. Śmiem twierdzić, że nigdy wcześniej nie było tak dobrze, w czym utwierdziło mnie jeszcze parę obejrzanych w tamtym czasie koncertów grupy.

To materiał muzyczny, z którym śmiało można by pójść w świat. Jedenaście numerów, odwołujących się do

najlepszych tradycji hard rocka,

a jednocześnie zachowujących, a ściślej – rozwijających to, co najciekawsze w dorobku zespołu. Uwielbiam tak czasem odlecieć sobie przy ostrym łojeniu, w czasie samotnej jazdy samochodem albo ze słuchawkami na uszach. Rokendrol, mainstream? Jasne, tylko że wszystkie klocki wreszcie idealnie do siebie pasują. Serce rośnie, gdy słucha się takich numerów, jak Tratwa z pięknie wplecionym cytatem z Voodoo Child Hendriksa, tytułowego Procederu czy numeru Mój cień omija mnie. Ale całego, pięćdziesięciosześciominutowego materiału słucha się z ogromną przyjemnością. 

Mija dziewięć lat, a ciągle jest to ostatni album kapeli. Która co jakiś czas koncertuje, ale do studia nie wchodzi. A rad byłbym usłyszeć ją w takiej formie grającą nowy materiał.

Dodaj komentarz