Jako nieodrodny syn swego ojca, śniadania i kolacje najchętniej kończę kawałkiem białego pieczywa z dżemem. Uśmiecham się teraz, bo kto wie, czy to upodobanie nie zbiegło się w czasie, gdzieś w latach 80., z przejściem mojej miłości do Dżemu w dojrzałą fazę.

[more]
Na Muzę przyszło czekać długo,
bardzo długo, całe sześć lat. Bo tyle minęło od pierwszej płyty (2004) nagranej z Maciejem Balcarem, a zawierającej premierowy materiał. Lecz warto było. Otrzymaliśmy taką ilość nowej muzyki, która w wydaniu analogowym złożyłaby się na wydawnictwo dwupłytowe. Zabieg to zawsze ryzykowny, ale nie w przypadku tej kapeli.
Album jest znakomity, zdecydowanie najlepszy spośród tych wydanych po śmierci Ryszarda Riedla, perfekcją wykonawczą przywodzący na myśl Detox. Dżemy już od dawna potrafią robić w studiu nagraniowym to, co w pierwszym okresie działalności miało miejsce „tylko” na scenie. Czyli – z nut pozornie dość mocno już ogranych, wielokrotnie zastosowanych gdzieś przez kogoś w przeszłości wycisnąć wszystko, co się da – z lekkością i łatwością przynależną tylko instrumentalistom i stylistom największym.
Zaczyna się od Koniecznie, przypominającego nieco Autsajdera, zaś w samej końcówce tekstowo nawiązującego do Wehikułu czasu. Tam było o szyciu bluesa, tu – rokendrola.
Potem mamy
Partyzanta, rewelacyjny numer Zbigniewa Szczerbińskiego
i wielki przebój zespołu. I znów odnajdujemy jakieś paralele, tym razem z Najemnikiem.
Ani dużo, ani mało to właśnie przykład na to, jak z dźwięków bardziej oczywistych robi się co najmniej dobry utwór, ozdobiony znakomitymi solówkami – najpierw gitary, a zaraz potem organów Hammonda. Nie inaczej jest w bluesowym Bujam się.
Wolności dni to – po Partyzancie – znów moje emocje największe. Za reggae szczególnie nie przepadam, jednak tutaj – inaczej niż w Pawiu czy Whisky z pierwszego singla grupy, mamy aranż bluesowo-rockowy. W klimatach szczególnie bliskich członkom zespołu, ale i takim fanom jak ja.
Duch Duanne’a Allmana
unosi się nad tym utworem od początku, lecz to, co dzieje w finale, stanowi absolutny majstersztyk.
Zwalniamy tempo w To wszystko co mam. Wspaniały blues jakby wzięty z Zemsty nietoperzy albo Najemnika. Z kolei Do przodu gitarowymi zagrywkami nieodparcie kojarzy się z Lynyrd Skynyrd – takie to niby proste, a jakże smaczne.
I kolejny rewelacyjny numer – Za to, że żyje. Kręci mnie najróżniejsza muzyka, ale w Dżemie od lat najbardziej uwielbiam Allmanowską lekkość, nieprawdopodobną wręcz finezję, jaką olśniewają takie kawałki jak właśnie ten. Pozostajemy w podobnych klimatach przez kolejne prawie dziesięć minut, w tytułowym de facto Leci muza, delektując się stylowym bluesem i wspaniałą solówką Jerzego Styczyńskiego.
Nie patrz tak na mnie jest, jeśli dobrze pamiętam, pierwszym kawałkiem z tej płyty, który zespół zaczął ogrywać na koncertach. Świetny rokendrolowy numer, w którym jest
coś i ze Stonesów, i z Lynyrdów,
przypominający Harleya. Finał – o rany, który to już Dżemowy raz? – palce lizać.
Potem mamy najmocniejszy na krążku, ostry, gitarowy Strach, a na koniec jeszcze jedną perełkę – wielkiej urody walczyk, Szarą mgłę.
Dżem w wybornej formie. Do wszystkich starych atutów zespołu dochodzi, ale też przecież nie pierwszy już raz, pewność – w najlepszym rozumieniu tego słowa – starych wyjadaczy, absolutna pewność tego, co i jak się robi. A ponieważ nie ma na Muzie słabszych kompozycji, efekt końcowy robi jeszcze większe wrażenie. Najlepszy album studyjny grupy od wielu lat. Kunsztowny, bardzo dojrzały, a przy tym tchnący świeżością i wielką radością grania.
