Posłużę się moją ulubioną frazą Antoniego Piekuta: „To nie było żadne tam pitu-pitu, tylko porządne łojenie”. Bo to nie jest granie dla grzecznych ludzi, którzy co prawda mają dowód osobisty, ale na wszelki wypadek zakładają śliniaczek i pampersa. To był krwisty befsztyk, porcja tatara oraz pieczony schab z suszoną śliwką w środku.

[more]
Koncert Beth Hart w Miejskim Domu Kultury w Chorzowie-Batorym (już drugi, pierwszy miał miejsce w czerwcu ubiegłego roku), w lwiej części zgromadził pod sceną słuchaczy w przedziale „40+”, choć młodych też nie brakowało. Nie dziwota, gdyż liderka wspierana przez czterech świetnych muzyków odpaliła
ładunek rocka i bluesa
korzeniami sięgający przełomu lat 60. i 70.
Kolejny raz w niedługim czasie doświadczyłem grania, które kocham najbardziej: klimatów spod znaku Led Zeppelin, Janis Joplin, a i Rolling Stones także. Większość ludzi potrzebuje jakiejś adrenaliny, dla mnie jest nią rokendrol czerpiący obficie z bluesa, dlatego po godzinie i czterdziestu pięciu minutach opuszczałem miejsce koncertu szczęśliwy, z gębą roześmianą od ucha do ucha. I nie ja jeden, bo zabawa była naprawdę przednia.
Chemia,
jeden z moich szczególnie nieulubionych przedmiotów szkolnych, wzięła we władanie wszystkich. Czuć ją było na scenie, już od pierwszych dźwięków Face Forward, którym rozpoczął się występ. Jakie to ważne, jak bardzo przekładające się na jakość grania, gdy muzycy lubią się nawzajem i szanują! Taka dobra energia natychmiast trafia do widowni, a ta na Śląsku do bluesa ma stosunek od dziesiątków lat szczególny. I w tej wspaniałej atmosferze pędziliśmy przez ostre kawałki i zwalniali w bluesowych.
Zastanawiałem się, jak ta skądinąd niewątła kobieta będzie w stanie wytrwać z siłami oraz głosem nienadwerężonym kolejnymi minutami wokalnej jazdy bez hamulców. Niepotrzebnie,
struny głosowe Beth Hart
stroiły od pierwszej do ostatniej wyśpiewanej głoski.
Na repertuar występu złożyły się głównie utwory z dwóch ostatnich płyt wokalistki – Don’t Explain (2011) nagranej razem z Joe Bonamassą oraz ubiegłorocznej Bang Bang Boom Boom. Hart śpiewała, czasami zasiadając do swojej Yamahy, a w dwóch utworach do gitary akustycznej. Obok niej na scenie znajdowało się czterech facetów – dwie gitary, bas i perkusja, znakomity zespół.
Można się zastanawiać, jak to jest, że muzycy tej miary zapełniają dom kultury, a nie Spodek. Ale, z drugiej strony, klimat takiego klubowego występu, gdy z widowni na scenę są dwa kroki, ma swój wielki urok. Tak samo, jak ta muzyka sklejana na nowo od czterdziestu paru lat. Jest w niej magia, która sprawia, że wciąż są tacy, którzy chcą ją grać. I wciąż pojawiają się w kolejnych pokoleniach konsumenci zupełnie nieodporni na jej wdzięk.
