Joe Cocker jest bodaj najbardziej spektakularnym przypadkiem rockowej kariery zrobionej w oparciu o covery. Ten biały człowiek obdarzony fenomenalnym czarnym głosem, sięgając po cudze kompozycje, potrafił stworzyć zupełnie nową jakość.

[more]
Najsłynniejszy tego przykład pojawia się już na samym początku, na singlu w 1968 roku oraz rok później wydanej pierwszej płycie długogrającej. Z niewielką, a nawet całkiem sporą pomocą przyjaciół. I to jakich!
Na basie zagrał jego długoletni – jak się miało okazać – współpracownik, Chris Stainton, na perkusji nieżyjący już bębniarz Procol Harum, B.J. Wilson. A na gitarze… Na gitarze zagrał sam Jimmy Page.
Znamienne, że ten znakomity kawałek The Beatles, pochodzący z albumu Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band (1967) i zaśpiewany przez Ringo Starra, pozostał znakiem rozpoznawczym Cockera przez całą jego poplątaną i znaczoną używkami karierę. Beatlesi byli tak zachwyceni rockową ekspresją utworu, że wysłali do Cockera telegram z gratulacjami.
W jego wykonaniu kawałek zyskał na mocy, z gitar wydobyto całą ich elektryczność. No i ten ekstatyczny w wersjach koncertowych finał (Woodstock ’69, krążek Live z 1990), z takich, co to wszystkich – na scenie i na widowni – unosi w powietrze. Finał, co trwa i trwa i wybrzmieć nie może.
