Ich Magnificencje Forty Years After – Magnificent Muttley, 2012

Może powinienem się wstydzić, że dopiero od kilku dni wiem o istnieniu tej kapeli. Skoro taki ze mnie fan muzyki rockowej… Może powinienem wcześniej wiedzieć, kto wygrał Jarocin w 2011 roku. I jeszcze tysiąc innych rzeczy. Ale, na Boga, pisaniem zajmuję się dla przyjemności, a nie zawodowo. Więc, uwzględniwszy metrykę oraz sposoby na rozdysponowanie czasu wolnego, już nic nie muszę, a tylko mogę. Bo – zaserwuję piłeczkę w Waszą stronę – trzymam dziś w rękach ich debiutancki krążek, a ilu z Was słyszało o Magnificent Muttley?

[more]

W konsumowaniu muzyki spotyka nas tyle niespodzianek, tyle zaskakujących i pięknych odkryć (na powszechny lub tylko własny użytek)! Słucham tych nagrań i

czuję się jak szczęśliwy ojciec.

Chłopaki są w wieku moich synów, a grają moje najukochańsze dźwięki – te z przełomu lat 60. i 70. I w dodatku robią to w skali jeden do jednego. Czyli w sposób, który dwadzieścia parę lat temu byłby chyba jeszcze nie do przyjęcia, a dziś w rokendrolu – jak u fryzjera – wszystko jest już dopuszczalne. Warte uwagi wszakże tylko wtedy, gdy zagrane dobrze i ze smakiem. Oba warunki są spełnione.

Dla porównania: młodym panom Waglewskim ciągle nie potrafię uwierzyć, że Kim Novak im w duszach gra, bo zaczęli od zupełnie innej muzy. Może niesłusznie, ale węszę w tym koniunkturalizm. I jest u nich jeszcze jedno, czego w rockowych składach nie trawię: zupełnie nieswingujący wokal. Ale nie zarzekam się, tylko krowa nie zmienia poglądów.

MM gra dobrze i ze smakiem. Trio jest absolutnie wiarygodne w tym, co robi. I mam gdzieś rozważania, czy to twórcze transponowanie starego grania na miarę drugiego dziesięciolecia XXI wieku, czy grupa płynie dość szerokim dziś nurtem. Niekoniecznie to, co cenimy, lubimy najbardziej. I, odwrotnie, to, co w słuchaniu, czytaniu, oglądaniu sprawia nam najwięcej frajdy, nie musi być czymś najwyżej przez nas cenionym. W tym konkretnym przypadku, tak bliskim memu sercu, bardzo nie chciałbym się mylić: jeśli chłopakom dane będzie wykorzystać potencjał, który słychać na tej płycie, jeśli przetrwają i pozostaną wierni temu, co grają w tej chwili – zapiszą swoją stronę, a może i cały rozdział w dziejach polskiego rocka.

Dzięki Magnificent Muttley dane jest nam odbyć

muzyczną podróż w czasie.

Do tych lat, gdy w rocku wszystko było pierwsze. Pierwsza dorosłość, a więc odejście od najprostszych form rokendrolowych, odwaga improwizacji, pójście w stronę dłuższych kompozycji. Skoro rockmani nauczyli się porządnie grać – mieli nieodpartą potrzebę zaprezentowania tego światu. I na płycie MM to wszystko jest: Hendrix, Cream, Led Zeppelin, Ten Years After, Black Sabbath, tu i ówdzie psychodeliczny Doors czy najwcześniejszy Pink Floyd. I, na dokładkę, trochę funkujących rytmów w stylu starego, dobrego Red Hot Chili Peppers.

Wszystko to tak cudownie tchnie świeżością, jest czystą, młodzieńczą inicjacją muzyczną, jest tak bardzo wolne od produkcji! Prostota, surowość brzmienia – studyjna rejestracja nie pozostawia wątpliwości, że na żywo zespół zabrzmi tak samo. Tak samo dobrze.

Zastanawiam się, czy może być jeszcze lepiej. Jeśli panowie pójdą w ślady wirtuozów gitary, basu i perkusji (bo nad warsztatem, choć już imponującym, można dalej pracować), ocalając jednocześnie radość grania i tworząc równie szalone, staro-nowe kawałki – zdecydowanie tak. Oby!

I jeszcze jedno, co już sprawdziłem na własnych uszach. MM są bardzo wymagający. Ponieważ w ich graniu mało jest piosenkowości, a dużo zdrowego łomotu, trudno zapuścić sobie tę płytę i potraktować jako tło domowej krzątaniny. Ta muzyka domaga się od słuchacza pełnego skupienia, pełnej uwagi, przynajmniej dopóki nie pozna się dobrze zawartości krążka. Ale, ufam, kto lubi rocka sprzed czterdziestu – czterdziestu pięciu lat, ten nie pożałuje.

Dodaj komentarz