Na stare lata emocje zwykle – nieco lub bardzo – przygasają. Moja żona nigdy nie protestowała, gdy wydatki trochę mocniej skręcały w stronę muzyki. Teraz, wychodzi na to, wymyśliłem sobie najlepszą z możliwych tarczę: bloga. Ola nie dość, że z oddaniem pełni rolę „kochanej pani administrator”, to jeszcze bardziej niż kiedyś zanurzona jest w płytach i gitarowym graniu. Najwyraźniej nie mamy zamiaru schodzić z tej karuzeli, która kręci się najczęściej w rytmie rokendrola.

[more]
I tak oto wśród prezentów pod tegoroczną choinką znalazłem ostatnie wydawnictwo Glimmer Twins i spółki. Niby ileż można – wydawać wszelkiej maści składaków, debestofów, ileż można takich płyt mieć w domu. A jednak…
Z tymi starszymi chłopcami czterema
jest tak, że This could be the last time. Że teraz zajmą się już wyłącznie wydawaniem pieniędzy nie do wydania, że dali nam na otarcie łez jeszcze dwa nowe kawałki i cześć pieśni.
A jednak… W dodatku dostałem edycję trzypłytową, tę z pięćdziesięcioma utworami na pięćdziesięciolecie, sprowadzoną w ciągu kilku dni zza Kanału La Manche (jakich pięknych dożyliśmy czasów!).
Pierwsza płyta, od Come On do We Love You, eksplozja rocka na Wyspach. Druga, od Jumpin’ Jack Flash do Fool To Cry, najwspanialsza. To ten okres, za który Stonesów kochamy i kochać będziemy najmocniej. Wtedy przeszli do historii. Trzecia płyta, zaczynająca się od Miss You, obejmuje ponad trzydzieści lat działalności grupy. Znacznie mniej istotnych niż te wcześniejsze, ale chyba dopiero teraz dociera do mnie wyraźnie, że to nie tylko był czas, kiedy w kolejnych trasach koncertowych nabijali konta, odgrywając stare hiciory, ale wciąż dorzucali – zgoda, znacznie rzadziej niż przed laty – utwory ważne i bardzo dobre. Jakoś tak teraz, wciąż nie dowierzając, że oto definitywnie ma się zamknąć ten absolutnie wyjątkowy rozdział rokendrola, moje serce jeszcze mocniej wzruszone, uszy – bardziej doceniają te piosenki wyłowione (też już nie pierwszy raz) z oryginalnych wydawnictw.
Stonesi, te pieprzone skurczybyki, mieli rację.
Mieli rację,
gdy coraz bardziej pod prąd nowym trendom grali swoje proste do bólu nuty, mieli rację, gdy po swojemu podchodzili do nowych brzmień na Some Girls. Mieli rację, bo muzyka gitarowa zatoczyła wielkie koło, już od wielu lat pochylając się z czułością nad rytmami wyjętymi prosto z lat 60. I coś, co zdawało się już być poza czasem, okazywało się bardzo na czasie. Time Is On My Side, śpiewał Jagger dawno temu. I dziś, choć nieco przyprószony, wysuszony, ma prawo śmiało powtórzyć te słowa. A dwa bardzo udane nowe kawałki być może stanowić będą najlepszą z możliwych pointę tej pięknej bajki.
W 1978 roku Marek Garztecki zatytułował rozdział swej książki poświęcony TRS Toczący się kamień mchem nie porasta. Komu z czytających wtedy te słowa przemknęła przez głowę myśl, że za trzydzieści cztery lata ta muzyka nie tylko nie będzie neolityczną skamieliną, muzealnym eksponatem, ale czymś tak bardzo żywym i wciąż poruszającym miliony?