Zespól Yes został powołany do życia w 1968 roku. Po trzech latach uformował się jego najlepszy skład (Anderson, Bruford, Howe, Squire i Wakeman), w którym nagrali bardzo dobry Fragile.
Ten okres – koniec lat 60. i początek 70. – był najlepszym dla muzyki progresywnej, symfonicznej. Zresztą, młody krzew o nazwie rock’n’roll osiągnął wtedy dojrzały już kształt. Każda nowa gałąź wydawała smakowite owoce w takich ilościach, że dziś możemy tylko z zazdrością patrzeć w przeszłość.

[more]
Yes za sprawą wspomnianego albumu stał się
ekstraklasowym zespołem rockowym,
a wśród wykonawców symforockowych do dziś wymieniany jest jako jeden z najlepszych. Pierwszorzędne znaczenie dla takich ocen ma krążek wydany w 1972 roku – Close To The Edge.
To muzyka, która była ze mną właściwie zawsze. Jakie to przyjemne – uświadomić sobie w dojrzałych już latach, że te nuty wyryte we wczesnej młodości w głowie są naprawdę znakomite. Najpierw na jednej z taśm magnetofonowych mieli nagraną tę płytę moi bracia. W 1978 roku Piotr Kaczkowski prezentował dyskografię zespołu, a ja – na swej pierwszej szpuli! – zapisałem cały materiał z tego albumu. A kilkanaście lat później był to jeden z pierwszych zakupów kompaktowych. (Bardzo nie lubię pożyczać płyt, ale tę zdarzyło mi się kiedyś wypuścić z rąk i wróciła do mnie w opłakanym stanie. Wciąż nie mogę pojąć, co niektórzy ludzie robią z płytami – czy traktują je jako podstawki pod filiżankę kawy, jedzą na nich jajecznicę, czy się nimi rzucają? Co trzeba robić, by tak porysować i wybrudzić CD?!).
Album zawiera
tylko trzy utwory.
Na pierwszej stronie analoga ten tytułowy, na drugiej And You And I oraz Siberian Khatru. Mam do tej muzyki nabożny stosunek – to symfoniczne mistrzostwo świata. Jedna z tych płyt, na przykładzie których najlepiej i najłatwiej opisywać albo uświadamiać sobie, na czym polegał ten rodzaj grania. Tak jakoś „dziwnie” się składa, że w najlepszych kapelach tego nurtu grali wybitni instrumentaliści – słabi po prostu nie sprostaliby wymaganiom formalnym, jakimi były misternie zbudowane i niekrótkie najczęściej utwory.
Rockowe arcydzieła to zwykle efekt twórczego szczytu kilku ludzi, tej szczególnej chemii, jaka musi towarzyszyć powstawaniu wyjątkowego materiału muzycznego. Chemii, która bynajmniej nie musi oznaczać bliskości innej niż muzyczna. Historia Yes naznaczona jest wyjątkowo dużą ilością nieporozumień – bijatyk na scenie, procesów sądowych, rozstań i powrotów.
To wydarzyło się jednak później. Yes A. D. 1972 oznacza
wszystko, co najlepsze.
Charakterystyczny, wysoki głos Iona Andersona, wspaniałe chórki, bębny jednego z najlepszych rockowych perkusistów, Billa Bruforda, mocny bas Chrisa Squire’a i natychmiast rozpoznawalna gitara Steve’a Howe’a – a nad tym wszystkim bogata faktura instrumentów klawiszowych Ricka Wakemana. Każdy z nich ma tu swoje momenty. Smakujemy zarówno fragmenty allegro i adagio utworu tytułowego, monumentalne, katedralne organy towarzyszące zmaganiom sił życia i śmierci w głowie młodego twórcy (o tym jest ten utwór), potem oszałamiająco piękne harmonie And You And I, jak i podziwiamy rozpędzony rockowy walec w finale płyty.
Tak ułożyło mi się to w głowie – wielki szacunek dla dokonań kilku zespołów tego nurtu sprzed mniej więcej czterdziestu lat, kilka – kilkanaście ukochanych już na zawsze płyt. A drugiej strony – wielka niechęć i nieufność do tego, co nastąpiło potem: przede wszystkim do następców (np. Marillion, Pendragon czy Archive), ale i do odgrzewanych kotletów w wykonaniu niektórych z grona wielkich kiedyś artystów. Prosty rokendrol w najlepszym wydaniu broni się nadal, rozbudowane formy oparte na brzmieniu instrumentów klawiszowych – od dawna już zjadają własny ogon, wydając nieświeżą woń epigoństwa.
Ale jak było na początku, jak to robili najlepsi – warto posłuchać. To ciągle wielka muzyka.
