Dziś tak „po domowemu”. Nie wszyscy to lubią, nie wszystkich to interesuje, zdaję sobie z tego sprawę. Ale proszę, jeśli kogoś znudzę, niech nie trzaska drzwiami, bo uderzenie może sprawić, że komin się rozsypie, a przecież w takim dniu jak 6 grudnia jest wyjątkowo potrzebny. Obiecuję, że pojutrze znów będzie muzycznie.

[more]
Nie przypuszczałem, że
muzyka
– choć zawsze zajmująca sporo miejsca w moim życiu – spowoduje tyle zmian, tyle ruchu we mnie i dookoła mnie. Od razu powiem jednak, że ruchu, który sprawia mi wielką przyjemność i zdecydowanie odmładza. Ponadto – stwierdzam kolejny już raz – w pisaniu zawiera się coś niezwykle cennego. Przelewanie słów na papier (nawet ten wirtualny) powoduje, że precyzują się myśli, które nieraz od lat nosimy w sobie. Dopóki nie przyobleczemy ich w słowa, są mało konkretną albo wręcz nieuświadamianą częścią nas.
Regularne
pisanie bloga
zmusza do systematyczności – w moim przypadku spowodowało jeszcze większe niż dotąd pochylenie nad muzyką. Przekopałem piwnicę w poszukiwaniu starych notatek, po wielu latach znów miałem w rękach płyty gramofonowe. Wpierw z zamiarem ich sprzedania, a potem przywrócenia do życia.
I tak się stało. Kupiłem
gramofon
– i położyłem pierwszą kostkę domina. Gdzie go ustawić? Jeśli ma spełniać swoją funkcję, musi być podłączony do prądu i wzmacniacza. Dobrze, znika lampa, gramofon staje obok sprzętu grającego.
Co z płytami? Jeśli mają przebywać na zesłaniu, jak dotąd, w piwnicy – nie ma to sensu. Więc gdzie, by były pod ręką, a jednocześnie nie na szczególnie wyeksponowanym miejscu? Regał. W porządku, ale jaki, by pasował do reszty, pomieścił jeśli nie wszystkie, to większość płyt – i znalazł swoje miejsce w i tak już przyciasnym pokoju? Bingo! Trafiam na taki, kupuję, składam, stawiam. Teraz trzeba przesunąć pozostałe meble, z których większość wypełniona jest książkami. O rany! Jeden wieczór i wszystko gotowe. Tylko kawałek ściany między meblami „przesunął” się o dwadzieścia centymetrów. Trzeba go pomalować i powiesić zegar. Najlepiej nowy, bo dotychczasowy kiepsko pasuje do gramofonu i wieży. Żona idzie za ciosem i zmieniamy jeszcze lampy.
Ale,
powiem Wam w sekrecie,
to wszystko mija, zwłaszcza że jest drobiazgiem w porównaniu z remontem łazienki. A potem jest tak, że przychodzą moi bracia albo znajomi – i wszyscy spoglądają płonącym wzrokiem. Longplay kręci się na talerzu, ramię powoli przesuwa się do środka, a pozostałych kilkuset płyt znów można dotknąć, popatrzeć na okładki, westchnąć z nostalgią.
*
Jest grudzień. Taka pora obdarowywania się prezentami. Bogatymi lub skromniejszymi. I często znów problem: co jej/jemu kupić (mamie, tacie, teściowej, teściowi, siostrze, bratu, córce, synowi, ach – i jeszcze: żonie lub mężowi)? Znów perfumy, krawat, koszulę?
Z tymi, co czytają lub słuchają, problem jest o wiele mniejszy. Jeśli mają dwa tysiące książek, na pewno ucieszą się z jeszcze jednej. Jeśli mają tysiąc płyt (bez znaczenia, czy CD, czy analogowych) – z pewnością frajdę sprawi im kolejna. Wiem, co mówię. Na sobie testuję to od lat.
