Jeszcze raz o płytach

Postanowiłem jeszcze raz dotknąć tematu, który tak bardzo różni tzw. starych i młodych. Choć ta linia, zdaje się, nie przebiega dokładnie w ten sposób. Może raczej między tymi, którzy z komputerem i internetem czują się całkiem swojsko, naturalnie, a tymi, dla których zawsze – w większym lub mniejszym stopniu – to narzędzie będzie ciałem obcym. A chyba najprecyzyjniej i najprościej będzie powiedzieć, że między tymi, którzy odwiedzają sklepy płytowe, a tymi, którzy nie robią tego właściwie nigdy.

[more]

Nie wolno ex cathedra twierdzić, że moje jest mojsze, jedynie prawdziwe i słuszne. Ludzie tworzą muzykę z różnych pobudek – i tak samo inni

konsumują muzykę w różny sposób.

Jestem daleki od tego, by odsądzać od czci i wiary tych, którzy traktują jej słuchanie wyłącznie użytkowo: jako swoisty podkład, tło codziennych zajęć. Bez zastanawiania się, kto gra i śpiewa, czy to stara, czy nowa piosenka. Lubią sobie zanucić pod nosem albo i mocniej – i dobrze, w porządku. Zaczynam się burzyć, gdy próbują – tonem zbliżonym do autorytatywnego – wypowiadać się, a nawet oceniać. A z grubsza skala ocen zawiera się wtedy między „ No, fajne” a „Cienkie” albo „Bez sensu”. Uzasadnienie na tyle głębokie, że ucinające wszelką dalszą dyskusję.

Ludzie odbierają muzykę jak leci, wielką kupą, bez rozbierania jej na części pierwsze. Po piosence, po dwie. Tak jest w radiu, tak jest w internecie. Słuchanie całej płyty? O rany, a po co, kiedy po jednym utworze już wiadomo, jak kto gra i śpiewa.

Więc ja

znów, nieśmiało, o całych płytach.

Nie jako zawzięty historyk muzyki, zmierzły ortodoks. Może jak stary pierdoła (trudno, niech będzie), ale w sumie niegroźny świrus, pasjonat. Z pewnością nie bardzo uparty, ale jednak – tropiciel ciągów przyczynowo-skutkowych.

Poza mniej licznymi przypadkami, że na rynku pojawiały się i pojawiają single niemające ciągu dalszego w postaci dużej płyty – to te ostatnie właśnie wyznaczają kolejne etapy działalności każdego wykonawcy. Płytę porównałbym może nie tyle do powieści (choć i tu, jeśli mówić o koncept albumach czy produkcjach symforockowych, znajdziemy wiele analogii), co do zbioru opowiadań. Pisarze wydają takowe jako którąś tam swoją książkę z kolei – i podobnie dzieje się z muzykami. Konkretna płyta, tworząca wewnętrzne zależności w postaci współistnienia na krążku kilku-kilkunastu piosenek, buduje konteksty w ramach twórczości danego artysty, jak i sytuuje dany krążek w czasie i przestrzeni, czyli wśród albumów innych wykonawców.

Oczywiście,

to nie jest wiedza niezbędna do życia.

Więcej, to nie jest wiedza przynosząca (poza nielicznymi przypadkami najbardziej wziętych dziennikarzy muzycznych) profity, z których można się utrzymać. To nie jest wiedza przynosząca pożytek tzw. ogółowi. A jednak – dostarczająca pewnej grupie odbiorców muzyki, do której niniejszym się zaliczam, wielkiej frajdy. Przy tym, najczęściej, całkowicie niegroźna. O ileż przyjemniej posłuchać dziennikarzy spierających się na tematy literackie czy muzyczne w „Tygodniku Kulturalnym” niż polityków, których wszędzie pełno. Pierwsi wygłaszają odmienne opinie, uśmiechając się nawzajem do siebie, zaś ci drudzy – gotowi zagryźć się przed kamerami czy mikrofonem. Naturalnie, w imię społecznego dobra.


Dodaj komentarz