Kupowanie płyt. Coś, czego młodzi, choć coraz starsi, zdają się nie rozumieć. Misterium. Branie do ręki krążka – kiedyś sporego, kartonowego (w porządnym wydaniu) opakowania. Pełne namaszczenia i pietyzmu smakowanie okładki, zwłaszcza gdy chodziło o płyty zachodnich wykonawców. Wysuwanie czarnego zwykle krążka, czasem włożonego do papierowej koperty, na której też było co oglądać i czytać. Delikatne, z odpowiednim ułożeniem dłoni, wyjmowanie płyty, tak by jej nie wybrudzić palcami. Studiowanie nalepek. Nabożne położenie na talerz gramofonu, uruchomienie napędu i czekanie na pierwsze dźwięki. Kto tego nie przeżył, ten chyba nie zrozumie.

[more]
Akcesoria
Jak już można było to kupić – instalowanie specjalnego pędzelka doczepianego do ramienia gramofonu, który usuwał z płyty ewentualny kurz, by ten nie dostawał się pod igłę. Wagi, które pozwalały ustalić właściwy nacisk igły na płytę. Ściereczki antystatyczne, specjalne płyny do przemywania. Odpowiednio częste wymiany igieł, co też zapobiegało zużywaniu się wytłoczonego zapisu muzyki (Ile rowków ma płyta winylowa? Jeden…). Dbanie o to, by płyty po latach wyglądały niewiele gorzej niż w chwili zakupu – specjalne miejsca w szafach, stojaki, regały, woreczki na okładki (te nie były jednak dobre, bo co prawda chroniły samą okładkę, ale ściągały kurz) itp.
Płyta jako dzieło sztuki
Zostało mi to do dzisiaj. Płyta jako dzieło sztuki: muzyka plus okładka, grafika, czasem przepiękna. Radość dla uszu i oczu. Informacje, kto, z kim, kiedy i gdzie (choć z tym wielokrotnie miałem i mam problemy z racji kiepskiego wzroku, mocnych okularów i… fantazji wydawców, którzy na niebieskim tle potrafią zaserwować maleńką, czerwoną czcionkę). Niektórzy ubolewają, że CD to już nie to, ale w zamian za duży format okładek longplayów otrzymujemy niejednokrotnie grube, pięknie wydane książeczki, jak na przykład ta dołączona do krążka Us Petera Gabriela z jedenastoma grafikami ilustrującymi jedenaście utworów.
Internet
Dziś młodzi ściągają muzykę z internetu. Coraz mniej zajmują ich szczegóły dotyczące konkretnej płyty. Pozostają jedynie pliki gdzieś zapisane. O prawach autorskich już nie wspomnę. Nie wierzę – bo widzę, co się dzieje – by płyty dostępne za dziesięć – dwadzieścia pięć złotych w największych sklepach płytowych (a CD w tych cenach jest naprawdę bardzo, bardzo wiele) cokolwiek zmieniły. Kto nauczył się ściągać muzykę, ten się tego już raczej nie oduczy. I nie trafi do niego argument, że dźwięki z oryginalnej płyty smakują inaczej. Że jesteśmy fair wobec artystów, zwłaszcza tych szczególnie przez nas ulubionych, że płacimy za ich robotę. Że dajemy im żyć z uprawiania muzyki. Że dzięki temu za jakiś czas znowu wejdą do studia i nagrają kolejną płytę.
