Gorzko, gorzko!

Gdzieś w połowie lat 80. przeprowadzono wśród radiowych dziennikarzy muzycznych ankietę. Zadano im kilka pytań, w tym o to, czy są wykonawcy, których nigdy nie zaprezentują w swych audycjach. Niektórzy z indagowanych dali upust swej niechęci do pewnych grajków, ale Piotr Kaczkowski, stary lis, odparł, że nie ma takich.

[more]

Pewnie wynikało to z co najmniej dwóch powodów. Po pierwsze,

nigdy nie wiadomo, co się wydarzy,

czy któryś z uprawiających obcą muzycznie glebę nie zabrnie nagle w klimaty, które mogą się okazać interesujące i wartościowe artystycznie. Po drugie, po co w taki głupi sposób się narażać – wykonawcom, których się nie lubi, i ich fanom.

Mam dziś więcej lat niż Pan Piotr wtedy, gdy udzielał tych odpowiedzi. Mnie czyta garstka, redaktor wiódł rząd dusz. Ryzyko więc małe, ale zawsze jednak – istniejące.

Bo tak sobie pomyślałem, że pisząc ciągle o ulubionych muzykantach, o ich najlepszych płytach – może zacmokam się z zachwytu. Co gorsza, zacmokam też Was, czytających.

No tak – ręka mnie świerzbi,

by palnąć coś o nieulubionych.

Nie żeby ze złością i złośliwością, bo już w jednym z pierwszych wpisów mówiłem, że moje sądy nikomu chwały nie przyniosą, a i krzywdy nie zrobią. Nie o to chodzi, by cały jad przez lata gromadzony pod skórą, całą złość na siebie, Boga albo los za życie właśnie takie i nie inne wysączyć w pisaninie o tych, których specjalnie nie cenię. Już biskup Krasicki pisał: „I krytyk zda się, kiedy nie z przynuką, bez żółci łaje, przystojnie się dąsa”.

I tu zatrzymuję się w pół kroku, w ćwierć zdania. Czy naprawdę tego chcę? Bez wyraźnej potrzeby, bez wewnętrznego imperatywu, by – będąc jako bokser przedstawicielem wagi lekkopółśmiesznej – ulżyć sobie za doznane od innych poniżenia?

Po co mi te trzy grosze

do na przykład dwunastu groszy, po co polonistycznie pastwić się nad panem, który cofa się do tyłu i któremu język się pląta, po co opowieści o leciwej grupie, której wokalista śpiewał dawno temu, że tylko niektórzy podjąć ją umią? Toż nawet bluesmanowi nad Wisłą najpierwszemu (i cenionemu, także przeze mnie) wyrosło z warg niegramatyczne drzewo i melorecytował „zetnij go”.

W starym dowcipie stoi tak:

Mojżesz po rozmowie z Bogiem schodzi z Synaju i powiada do swoich ludzi:
– Mam dla was dwie wiadomości, jedną dobrą, drugą złą. Od której mam zacząć?
– Od tej dobrej – odezwały się liczne głosy.
– Cały kodeks udało mi się zhandlować do dziesięciorga przykazań.
– A ta zła?
– „Nie cudzołóż” zostało.

Pozostając w tych klimatach,

wśród odwiecznych zasad,

przywołuję ósme: „Nie mów fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu”. Bo kimże ja jestem, by źle o innych świadczyć?

Powiem więc tylko, że rękę wypada podać każdemu, jeśli nawet nie z szacunku dla niego, to choć przez wzgląd na jego człowieczą godność, przez wzgląd na siebie i trzymanie jakiejś tam klasy. Ale nikt mnie nie zmusi, bym chciał piosenek napisanych i nagranych przez pewnych ludzi słuchać. Ludzi tych i tamtych, i jeszcze bardzo wielu innych. Próbowałem nie raz. Cóż jednak z tego – jeśli nie ma swingu, nie ma też przyjemności. I tyle.


Dodaj komentarz