Pisałem już o tym, muzyka w głowie musi się uleżeć. Po pewnym czasie – po pól roku, a czasem po paru latach można nabrać należytego dystansu. Oczywiście, dopiero mijające dziesięciolecia dają tę perspektywę, która pozwala mówić o dokonaniach w sztuce istotnych.

[more]
O Dżemie
też już wspominałem wielokrotnie. Przyszła wreszcie pora, by powiedzieć, za co kocham tę kapelę najbardziej. Miłością dozgonną, której nic nie jest w stanie zniszczyć. Wiem, że w ustach pięćdziesięcioletniego faceta to bardzo niebezpieczna deklaracja. Ale Dżem to sama istota rokendrola – a więc muzyki, którą od dzieciństwa mam w sercu i w głowie.
Chyba każda studyjna płyta zespołu pozostawia jakieś wątpliwości, o żadnej nie da się powiedzieć, że to arcydzieło. Najbliżej tego są Najemnik i Detox, ale o nich przy innej okazji. 2004 to album odrobinę nierówny, zbyt długi (niepotrzebne, ponaddziesięciominutowe W imię ojca na koniec), ale – i tak nic nie szkodzi. Dżemy od lat grają tak, że warto posłuchać nawet słabszych kawałków. Tego, jak to jest zrobione – znakomite brzmienie, perfekcyjna aranżacja, wielka biegłość instrumentalistów. Jubilerska robota, która nie jest efektem żmudnej, mozolnej pracy nad każdym szczegółem, ozdobniki niemające nic wspólnego z barokowym przepychem. Końcowy efekt, nawet w przypadku słabszych, prostszych konstrukcyjnie utworów, to wynik zderzenia ogromnych talentów kilku ludzi, ich absolutnego słuchu bluesowo-rokendrolowego, który sprawia, że w najmniejszym nawet fragmencie jakiegokolwiek utworu tyle się dzieje, tyle tam smaczków dowodzących wielkiego mistrzostwa.
2004 to płyta przełomowa
– pierwsza z Maciejem Balcarem jako wokalistą i ostatnia z Pawłem Bergerem na klawiszach. Balcar w Dżemie – nic lepszego po śmierci Riedla obu stronom nie mogło się przytrafić. Śmierć Bergera to już wydarzenie wykraczające niestety poza artystyczne ramy. Natomiast całkowicie w nich mieści się fakt, że spośród pięciu wspaniałych numerów na krążku trzy wyszły spod jego rąk…
Całość zaczyna się od Gorszego dnia – prostego rokendrola, dość schematycznego kawałka, jakich sporo w dorobku zespołu, z upodobaniem granego na koncertach – taki sobie, ale fajnie pobrzmiewają w nim Stonesowskie klimaty. Potem, nomen omen, Chleb z dżemem, bardzo podobny do pierwszego.
Pyszności na krążku zaczynają się od utworu trzeciego – W drodze do nieba, którym zespół zaczął swój pierwszy (na festiwalu Ku Przestrodze w 2005 roku) występ w nowym składzie, z Januszem Borzuckim. Znakomite blusidło, utwór, który należy umieścić w – skądinąd wyjątkowo obszernym w przypadku tej kapeli – zestawie dzieł największych.
Wściekły profesjonalizm wbija w fotel przy Ćmie barowej.. Kalifornijskie klimaty, nieprawdopodobna swoboda w wydobywaniu każdego dźwięku – cudo po prostu.
Te lekkości unoszą mnie dalej – trochę Allmanowski Nieproszony to jeszcze większe pomlaskiwanie z zachwytu. Solówki gitarowe dowodzące niebywałej wirtuozerii. Jeden z moich najukochańszych utworów grupy.
Po mniej skomplikowanym muzycznie Wymarzonym świecie kolejna perła – największy przebój od czasów Autsajdera – Do kołyski. Takich bluesowych ballad powstało co niemiara, a jednak w tej jest coś takiego, że w gardle ściska (Niech dobry Bóg/zawsze cię za rękę trzyma/kiedy ciemny wiatr/porywa spokój/siejąc smutek i zwątpienie).
Dzień świstaka
– dla mnie arcydzieło na tym krążku arcydzielne najbardziej. Znów ta cudowna lekkość, olśniewające współbrzmienie dwóch gitar, wspaniale wplecione klawisze. Panowie, jak można takiego kawałka nie grać na koncertach?
Tego znakomitego poziomu nie udaje się utrzymać do końca płyty. Jednakże zarówno Szeryfie, co tu się dzieje?, jak i Diabelski żart, choć skrojone z, wydawałoby się, mocno zajechanych już patentów, są tak świetnie zagrane, że bynajmniej nic tu nie boli i nie uwiera. I jeszcze bardzo Stonesowski 66. Znów bez cmokania z zachwytu, ale swing i feeling wyczuwalny w każdej sekundzie. Stanowczo zbyt długi W imię ojca, przywodzący na myśl Obracam w palcach złoty pieniądz Perfectu, obniża ocenę całości.
Dżem, po słabszych (zwłaszcza Albo być, albo mieć) albumach z Jackiem Dewódzkim znów w świetnej formie. Struny głosowe Maćka Balcara idealnie zestrojone z resztą zespołu. Pięć utworów z najwyższej półki. Jeśli to dla kogoś mało, to przepraszam, ale nie mamy o czym rozmawiać.
