Zrobię coś, czego czynić nie zwykłem. Mianowicie na gorąco, tuż po ukazaniu się i zakupie – podzielę się swoimi wrażeniami po pierwszych odsłuchaniach nowego albumu Boba Dylana. Tym bardziej, że niewiele ryzykuję – jest znakomity.

[more]
Ikona, mistrz, geniusz – chwalebne epitety pod adresem bardzo niemłodego już artysty można by mnożyć. Sam jestem dostatecznie stary, a mam w dodatku (nie wypominając) starszych od siebie braci, więc pamiętam Dylana jeszcze z lat 60.
Potem, w następnych dwóch dekadach, Piotr Kaczkowski nigdy nie żałował swojego czasu antenowego na prezentację kolejnych jego albumów, a jest tego trochę. Kto dałby radę zrealizować katorżniczy kontrakt płytowy – dwadzieścia pięć albumów w dwadzieścia pięć lat – i nie polec śmiercią artystyczną?! Mr. Bob poradził sobie z tym zaskakująco dobrze, co tylko dowodzi jego wielkości. Ten jego podpis pod umową to właściwie jak stanąć przy taśmie w fabryce. Z tą różnicą, że chodzi nie o zwykłego wyrobnika, a postać w muzyce drugiej połowy XX wieku z grona tych największych.
Jakim Dylan jest mistrzem, widać w ostatnich kilkunastu latach, kiedy wreszcie – podkreślmy jeszcze raz: po paru dziesiątkach lat na scenie i po nagraniu kilkudziesięciu płyt, z których wiele przeszło do historii muzyki – wchodzi do studia nie pod jakąś presją, ale kiedy chce i by nagrać tylko to, co uważa na absolutnie godne zaprezentowania światu.
I tak jest od Time Out of Mind z 1997 roku. Wtedy tym krążkiem zachwycał się Paweł Kostrzewa. Serwował Dylana w swoim popołudniowym programie tak skutecznie, że zaraził mnie miłością do niego, uczuciem już bardzo dojrzałym. W ostatnim piętnastoleciu mistrz dobywa dźwięków ze swego gardła z coraz większym wysiłkiem, skrzecząc i chrypiąc na przemian, co zresztą absolutnie mi nie przeszkadza. W warstwie muzycznej zawsze był blisko źródeł – folku, gospel, country czy bluesa. Na stare lata zbliżył się szczególnie do tego ostatniego, do czarnych mistrzów gatunku, redukując aranżacje do minimum, czyniąc to jednak z wielkim smakiem.
I wszystkie te atuty widoczne są na piątym już w tej konwencji, dopiero co wydanym krążku. Muzyka niespieszna, nieprzytłaczająca. Jak to w bluesie – sączy się powoli z głośników do uszu słuchacza. Nie jest to więc granie dla tych, którzy – rozpędzeni w czynnościach codziennego życia – potrzebują podobnych rozwibrowanych dźwięków. Dylan otwiera przed nami swój muzyczny dom – dom niemłodego już człowieka, który wiele widział, wiele przeżył, którego nic już nie zdziwi i który nic już nie musi. Który mówi, że od wielu lat nie wydarzyło się w muzyce nic istotnego.
Jest korzennie, swingowo i stylowo. Otrzymujemy swoisty przewodnik po muzycznych stylach uprawianych za oceanem. Stare patenty kolejny raz złożone przez faceta, któremu rok temu stuknął siódmy krzyżyk, a który robi to z dziecięcą radością i świeżością dwudziestolatka. A wśród dziesięciu utworów natrafiamy nawet na numer hiphopowy – Tin Angel. Dylan raperem? Ależ tak, trzeba koniecznie posłuchać!
Cała płyta to dla mnie bomba, ja to kocham. Jak dobrze, że za muzyczną poligamię nikt nie ściga i można spokojnie przyznawać się do swoich gorących uczuć wobec tak wielu wykonawców. Chromolę, młody już nie jestem, więc wstydzić się nie mam zamiaru.
Ale o innych, a tych jest większość – o tych, których nie kocham, a czasem wręcz nie lubię – tutaj nie przeczytacie.
