Hey, ?, 1995

W marcu 1991 roku zostałem ojcem – i to od razu podwójnym. Jeśli komuś wydaje się, że nie ma czasu, bo studiuje, że nie ma czasu, bo już skończył studia i pracuje, bo już pracuje i zmienił stan cywilny – to opowiada bzdury. Życie zmienia się tak naprawdę dopiero wtedy, gdy na świecie pojawia się dziecko. A jeśli jest to dwójka w pakiecie, tym bardziej. I dzieje się tak, że człowiek przestaje nadążać. Że traci kontakt – ze znajomymi, z nowościami literackimi, filmowymi, płytowymi. Nagle czasu robi się bardzo niewiele.

[more]

Tymczasem w kraju panoszyła się wolność. Do muzycznych bojów ruszali ludzie urodzeni już w latach 70. Nakłady kaset oraz płyt kompaktowych osiągały niebotyczne nakłady rzędu set tysięcy egzemplarzy.
Lata 90. na świecie należały do grunge’u, największe triumfy święciły Nirvana i Pearl Jam. Ta fala powrotu do rock’n’rollowych i punkowych źródeł dotarła także do Polski.

Na największą grupę tego nurtu wyrasta na Wisłą szczeciński Hey, którego kariera rozwija się w niespotykanym dotąd u nas tempie. Siłą zespołu jest bezkompromisowe, mocne gitarowe brzmienie i wokalistka, jakiej jeszcze nie było – takiego damskiego gardła dotąd na polskich scenach i w studiach nagraniowych nikt nie słyszał.
Hey to po wielekroć zespól dla mnie wyjątkowy. Pierwszy ważny „po”. Po zmianie mojej życiowej optyki na ojcowską. Pierwszy złożony z ludzi wyraźnie już młodszych ode mnie, a który tak mocno wszedł mi pod skórę.
Po dwóch pierwszych albumach, bardzo ostrych Fire i Ho!, po niepotrzebnym, zbyt szybkim krążku koncertowym, przyszedł czas bezlitosnej weryfikacji: czy poza materiałem tworzonym przez parę lat, a który został zamieszczony na wspomnianych płytach – jest coś jeszcze do zaproponowania. Czy można mówić o rozwoju.
Pierwotnie szykowany jako singiel, ostatecznie Heledore został wydany jako minialbum. Kupiłem go natychmiast po ukazaniu się – i moja miłość do grupy, zupełnie jak jej muzyka, przeszła w dojrzałą fazę. Powalił mnie zwłaszcza List – pierwsza perła wśród tekstów Nosowskiej, autorki,  która objawiła się tutaj jako już właściwie poetka, cudownie liryczna i intymna. Do tego znakomicie, niezwykle dojrzale zagrana wartwa instrumentalna. Od tego momentu z równą, a może nawet większą uwagą jak nad mocnymi kawałkami, pochylam się nad Heyem delikatnym, balladowym – a nazbierało się takich utworów w dorobku zespołu sporo.
? – będący rozwinięciem Heledore, zjechany przed laty w Tylko rocku – uważam za album przełomowy w dyskografii zespołu, a Wczesną jesień, Prawdę, List i Gdy mnie sen zmorzy umieszczam na prywatnym „The best of”.
Warsztat muzyczny piątki muzyków jest już bardzo, bardzo solidny, talenty kompozytorskie, zwłaszcza Piotra Banacha, ówczesnego lidera, rozwijają się znakomicie. Hey staje się firmą z tych najważniejszych w polskim showbiznesie. Rewelacyjny materiał trzeciej studyjnej płyty wyraźnie dowodzi, iż mamy do czynienia ze zjawiskiem muzycznym wielkiej miary. 

I tak jest do dziś. Talent Katarzyny Nosowskiej – literacki i kompozytorski – rozkwitł w pełni, Hey potęgą jest i basta. Obok Dżemu to, moim zdaniem, drugi tak wielki zespół w dziejach polskiego rocka – działający od ponad dwóch dekad i cały czas prezentujący materiał na poziomie dla większości innych wykonawców niedostępnym. Można dyskutować nad ostatnią płytą – Miłość! Uwaga! Ratunku! Pomocy! Osobiście lubię ją bardzo, choć mniej podobało mi się koncertowe oblicze zespołu na trasie promującej album: za mało gitar, za dużo instrumentów klawiszowych. Wolałbym, by takie aranże były domeną solowych dokonań Pani Katarzyny, a gitarzyści w zespole, z Marcinem Żabiełowiczem na czele, jak dawniej dosypywali do pieca.


 *

                jedyny mój

                to zaledwie kilka dni

                a ja nie mieszczę łez

                zagryzam wargi

                dotykam się

                jak to zwykłeś robić ty

                wyczuwam wyczuwam cię

                w zapachu ubrań

                a niebo znów na głowę spada mi

                i nadziei coraz mniej na słońce

                tak trudno jest zasypiać budzić się

                gdy imię twoje echem

                odbija się od ścian

               

                a te dni ciszy które dzielą nas

                podpowiadają mi złe obrazy

                muszę to przespać przeczekać

                przeczekać trzeba mi

                a jutro znowu

                pójdziemy nad rzekę

 

                jedyny mój

                pora kończyć już

                pielęgnuj obraz mój w swym sercu

                jestem wodą do której raz włożywszy dłoń

                nigdy nie zdołasz jej zapomnieć

  

                a te dni…


List  to przepiękny tekst o tęsknocie kobiety za mężczyzną w czasach, gdy telefonów komórkowych jeszcze nie było i pozostawało ewentualne pisanie listów oraz pośrednictwo Poczty Polskiej. O tym, że Nosowska równie urzekająco potrafi pisać o uczuciach także dziś – może przy innej okazji.

Dodaj komentarz