Na śniadanie, obiad i kolację – Dżem

Dżem. Rodzaj słabości. Powrót do arkadii. Miałem niespełna trzy miesiące, gdy 20 października 1962 roku, w urodziny jednego z moich braci, przeprowadzaliśmy się do Tychów. Spędziłem w tym mieście prawie piętnaście lat, tych pierwszych, w pewien sposób – najważniejszych.

[more]

Jakieś mgliste wspomnienia: tuż obok szeregowców, gdzie mieszkaliśmy, miał swoją siedzibę Górniczy Klub Technika. W soboty wieczorem nieźle tam czasem dawali „po garach”. Nigdy nie byłem w środku, byłem za młody, ale w tym miejscu chyba też grywali ludzie, którzy później utworzyli ten zespół.

Rok 1981. Ukazuje się pierwszy singiel. Strasznie grafomańskie teksty (albo coś w tym rodzaju), powiedział jeden z braci po tym, jak zaprezentowałem mu świeżo nabytą płytkę. Bardzo stylowy wokalista (albo coś podobnego), powiedział drugi, gdy puściłem mu te dwa nagrania. Obaj mieli rację. Ja sam byłem nieco zawiedziony regałowym obliczem zespołu, ale cieszyłem się, że jest – płyta zespołu z „moich” Tychów.

W 1985 roku ukazał się pierwszy duży krążek. I znów niedosyt. Najlepsi w Polsce nagrywali już pod okiem panów Przybylskiego i Regulskiego – pierwszych facetów, którzy między Bugiem a Odrą mieli pojęcie, jak nagrywa się kapele rokendrolowe. Po nich zresztą szybko pojawili się następni. A tymczasem Dżem nagrał płytę pod okiem starych polskonagraniowych repów – i to, niestety, było słychać. Nagraniom brakowało dynamiki, szerokiego pasma – tonów wysokich i niskich. Brzmienie grupy było z poprzedniej epoki: płaskie. Ale – była płyta! Kto żył w tamtych czasach, słuchał rocka, ten wie, o czym mówię. Płyty nie czekały na swych nabywców, trzeba je było zdobywać, polować na nie.

Ten LP był wyraźnym sygnałem, że Dżem jest zespołem koncertowym, przy której to opinii wielu trwa do dziś, że płyty za dobrze im nie wychodzą. Po pierwsze: fakt, że świetnie wypada się na koncertach, może tylko dobrze świadczyć o umiejętnościach członków grupy. A to, że pierwsza płyta Dżemu, dodajmy – w wersji analogowej – brzmi blado, jest robotą realizatorów nagrań. (Gdy po latach kupiłem ten krążek na CD, z radością skonstatowałem, że poszczególne ślady zmiksowano powtórnie, co bardzo poprawiło końcowy efekt).

Nie pamiętam, kiedy ujrzałem zespół na żywo po raz pierwszy, ale było to jeszcze grubo przed wydaniem pierwszej dużej płyty. Przypominam sobie, jak zaczynali ogrywać dopiero Cegłę, która przecież otwiera krążek. Grali dobrze, ale moja głowa wychowana na SBB, urzeczona płytami tria nagrywanymi przez C. Plancka w RFN i samego Skrzeka w Opolu, na pierwszym Krzaku (fantastyczny koncert w Teatrze Młodego Widza w Katowicach, jeszcze z Błędowskim, a już z Lakisem), nie była skłonna tak bezkrytycznie zachwycić się tyszanami.

Aż wreszcie zdarzyło mi się być – razem z moją przyszłą żoną – na pierwszej Rawie Blues organizowanej w Spodku. Byli wszyscy liczący się w polskim bluesie, a pod koniec – Jakubowicz, Dżem, Nalepa i Dudek. Porywające. Dżem w tym czasie przeistaczał się z zespołu dobrych, bardzo dobrych rzemieślników w artystów. Doprowadzili pełną widownię do takiego wrzenia, że ani tato Tadzio (choć bardzo dobry), ani Dudek (choć w swej szczytowej formie, z okresu No. 1) nie dali rady utrzymać tej temperatury. Stało się wtedy jasne, kto po bluesowo-rockowej stronie polskiej sceny rozdaje karty. Nastawała era Dżemu, który zaczynał swe niepodzielne królowanie.

*

W kolejnych latach Rawę kończył Dżem. Było to oczywiste, wszyscy na nich czekali. Pamiętam kuriozalny bodaj 1990 rok. Z niezrozumiałych powodów organizatorzy festiwalu ustalili z dyrekcją Spodka, że impreza musi się skończyć o 21.00. A Dżem wyszedł na scenę o 20.40… Zagrali cztery kawałki z przygotowywanego do wydania Detoksu – i rzeczywiście zeszli ze sceny. Uczucie niedosytu było ogromne. Jak to, jak tak można?! Ale miłość do kapeli po takim krótkim secie była jeszcze większa. Byli po prostu rewelacyjni, absolutnie pewni tego, co i jak robią.

W dorobku zespołu jest przecież sporo kawałków takich sobie, ledwie średnich. Takich, jak Mała aleja róż, które w oryginalnej, studyjnej wersji brzmią wręcz koszmarnie. A jednak na żywo ci faceci robią z takiego przeciętnego numeru absolutną perłę, wyciskając z niego to, czego tam pierwotnie właściwie nie było. Niesamowite. To umiejętność przynależna tylko największym.

Jan Chojnacki, który wielokrotnie zapowiadał występy grupy, powiedział kiedyś, że to jedyny taki ansambl w Europie. Nie mam takiej wiedzy muzycznej jak on, ale jestem pewien, że gdyby Dżemianie urodzili się w Kalifornii, byliby dziś większą gwiazdą niż Lynyrd Skynyrd. Byliby sławni i kochani przez ludzi na całym świecie. Ale… byliby wtedy kapelą amerykańską, która być może (tak jak LS) nigdy nie odwiedziłaby Polski. A tak – mamy ich tu blisko i możemy smakować po łyżeczce lub całymi słoikami. A że to się nie nudzi, świadczą pełne widownie w Domu Muzyki i Tańca w Zabrzu na koncercie poświęconym pamięci Pawła Bergera i w Spodku na trzydziestolecie grupy. W obu przypadkach ponad cztery godziny grania. Zastanawiam się, ilu jest polskich wykonawców, których chciałbym słuchać równie długo. Do głowy przychodzi mi tylko Hey – ten gitarowy, niezmiękczony klawiszami. I chyba tyle.

Dodaj komentarz