Nie lubię piosenki francuskiej

Życie nie jest czarno-białe – zacznę od mało odkrywczej myśli. Między bielą a czernią mamy całą paletę barw, oszałamiających albo delikatnych kolorów, niezliczone odcienie szarości.

[more]

Pewnie ktoś powie, że nie mam pojęcia o piosence francuskiej, ale myśląc o postaciach największych – takich jak Edith Piaf, Georges Brassens, Jacques Brel (wiem, że to Belg) czy – dziś – Celine Dion (tak, wiem, że to Kanadyjka i że śpiewa najczęściej po angielsku), mam nieustanny, mimo upływu lat, odruch wymiotny albo co najmniej niechęć. Mogę cenić warsztat, mieć świadomość, że to profesjonalne, ale przemóc się nie potrafię. I wiem, że nic tu się już nie zmieni.

Nie cierpię, gdy próbuje się na mnie – jako odbiorcy – wywierać tego rodzaju nacisk, presję. Gwałt. W tym śpiewaniu nie ma stanów pośrednich, tego „pomiędzy”, którego przecież w życiu jest najwięcej, tego, co stanowi o wzroście lub obniżaniu się temperatury doznań. Są jedynie stany skrajne.

Piosenka francuska to dla mnie śpiewanie rozciętym gardłem, to głos, który wydobywa się z trzewi. Żadnych niuansów, subtelności, niedopowiedzeń. Życie jest cierpieniem, istnienie boli – i tylko o tym warto śpiewać. A jak to robić inaczej, niż plując krwią co najmniej do dziesiątego rzędu na widowni? Skręcając się w przedśmiertnych konwulsjach, trzymać za fraki mikrofon i każdego słuchacza?

Ja się boję, nie chcę, uciekam. Od radioodbiornika, jeśli coś takiego słyszę, od rozmówców zachwyconych takimi nutami. Od płyt nie muszę, bo ich po prostu nie posiadam. Zwiewam gdzie pieprz rośnie – tam gdzie niedookreśloność, niepewność, gdzie dużo pytań i brak prostych odpowiedzi.

Do muzyki anglosaskiej, w której tego „pomiędzy” jest cały ocean. Gdzie można przycupnąć, przystanąć, schować się na chwilę lub na całe życie. Gdzie po Led Zeppelin można włączyć Cassandrę Wilson, a po Beatlesach Milesa Davisa. Po Ninie Simone wrzucić do szufladki The Smiths albo Manic Street Preachers. Po to, by smakować muzykę całymi garściami. Jeśli już życie, które stało się naszym udziałem, nie jest czymś szczególnie wyjątkowym, to niech choć muzyka dostarcza całej gamy wzruszeń.

Z tekstem w języku francuskim też. Przed laty, na przełomie lat 70. i 80., Wojciech Zamorski prowadził w Trójce program Rock z Kanady. Oprócz takich oczywistości jak Rush, zaprezentował tam kiedyś grupę z Quebec – Cano – w której na zmianę śpiewali w języku Moliera i Woltera pani i pan. Ale całkowicie zanurzeni w anglosaskich niedomówieniach. Również w przecudnej urody wersji Frère Jacques, czyli – po naszemu – Panie Janie.

Dodaj komentarz