SBB, Kinoteatr „Rialto” Katowice, 29 marca 2012

Na czwartkowy koncert SBB w katowickim Rialcie bałem się iść. Zderzenie legendy z rzeczywistością, choć nie pierwsze, zawsze może okazać się katastrofą, a już bardzo prawdopodobne, że rozczarowaniem.
Pierwsza dobra wiadomość, że zagrają jednak w trójkę, z Ireneuszem Głykiem na bębnach (najnowszą płytę, dopiero co wydaną, nagrali tylko w duecie, co też budziło moje obawy). Pomyślałem jednak, że nawet jeśli nie będzie za dobrze, to warto pójść, by posłuchać gry Lakisa.

[more]

W kinoteatrze poczułem się, nie ukrywam, wspaniale. Jako prawie pięćdziesięciolatek należałem, poza nielicznymi reprezentantami pokolenia synów fanów sprzed lat, do najmłodszych. A jednocześnie złączony z innymi wspólną intencją.

Zaczęli już pięć minut po 20.00. Materiał z ostatniej płyty, instrumentalny, niezły, ale nieznany, nie rzucał na kolana, choć warsztat tria wciąż imponuje. Gdy Skrzek „przesiadł się” na gitarę basową i rozbrzmiały pierwsze nuty Odlotu, publiczność wyraźnie się ożywiła. Utwór rozwijał się niesamowicie, duch nagrania ze Stodoły z 1974 roku unosił się w powietrzu, a temperatura sali osiągnęła wrzenie. Gdy skończyli po kilkunastu minutach, owacjom nie było końca. To był naprawdę fantastyczny kawał muzyki.

Później jeszcze, znana z wcześniejszych koncertów, skrócona wersja Mementa z banalnym tryptykiem, która kończy się – moim zdaniem – najpiękniejszą solówką gitarową w historii polskiego rocka (to nieważne, że inspirowaną Gilmourowskim popisem w Pigs (Three Different Ones)). W tej wersji koncertowej Apostolis odtworzył ją bardzo wiernie, choć bez tego rockowego dynamitu. W ogóle – ani razu nie „dosypał do pieca”, ale grał tak niewiarygodnie kunsztownie, że wciąż jawi mi się jako najwybitniejszy gitarzysta między Odrą a Bugiem, a cyrkowe popisy panów Satrianiego czy Vai to zaledwie szkoła średnia przy jego profesurze.

Potem jeszcze żelazny punkt koncertu, czyli sola perkusyjne, z których po kilkunastu minutach wykluwa się mój absolutnie ukochany Walking Around the Stormy Bay. I wciąż czekam, kiedy zamiast walić w bębny, Lakis zagra w tym numerze na gitarze, wzmacniając w ekstatycznym finale brzmienie syntezatorów. Bez gitary temu znakomitemu utworowi zdecydowanie brakuje siły. Po wielominutowych oklaskach, bez schodzenia ze sceny, muzycy grają jeden kawałek na bis i definitywnie kończą występ. Ale jest już prawie 22.20, więc nikt nie może mówić o niedosycie.

To, co zawsze było dyskusyjne – śpiewanie Skrzeka – takim, oczywiście, pozostało. Choć, podobnie jak na koncercie SBB  w 2009 roku na festiwalu „Ku przestrodze”, byłem bardzo pozytywnie zaskoczony siłą głosu niemłodego już przecież człowieka. Gdyby tak jeszcze zechciał wziąć parę lekcji śpiewu i dykcji… Ale to chyba dziś – jeszcze bardziej niż w latach 70. – nierealne, więc pozostajemy w klimatach naturszczykowskich, śląsko-angielskich. Jednak wybaczam niedomagania wokalne, bo całość – koncert, zespół, muzyka – mimo upływu lat się broni. Na szczęście – i dobrze, bo odcinanie artystycznych kuponów od dawnej sławy i pozycji niekwestionowanego lidera na polskim rynku muzycznym lat 70. byłoby dla starych fanów nie do zniesienia.

Skrzek mówił wyjątkowo niewiele, ale radośnie przywitał się z publicznością, nim rozbrzmiały pierwsze dźwięki:

– Pytają nas, czy to ostatnia płyta SBB. Bo tako ciemno, czorno…

Po tym, co usłyszałem w czwartkowy wieczór, wierzę, że SBB nie jest jeszcze zamkniętym rozdziałem. Choćby tylko dla tych, co już – trochę albo bardzo – posiwieli, wyłysiali i zapuścili brzuchy. Ale głowy wciąż mają pełne muzyki.

31 marca 2012


Dodaj komentarz