Jako bardzo, bardzo nieletni odbiorca muzyki nie-poważnej (tytuł stałej rubryki prowadzonej przez Romana Waschkę w „Sztandarze Młodych”), odbiorca o zdecydowanie heteroseksualnej orientacji, byłem wielbicielem Ady Rusowicz. Miłość tę skutecznie podsycały zdjęcia wokalistki Niebiesko-Czarnych, na których widać było mocną, czarną oprawę oczu, minisukienki i oszałamiające nogi.
[more]
W latach 70. szczególna ranga NC na polskim rynku była już tylko pięknym wspomnieniem. Grupa, wielokrotnie zmieniająca skład, długo walczyła o przetrwanie (bodaj do 1976 roku), ale nawet w ówczesnym, maleńkim showbiznesie stała na straconej pozycji – Niemen, SBB (przede wszystkim) i Budka Suflera byli w zupełnie innym miejscu, Niebiesko-Czarni zatrzymali się gdzieś w latach 60.
Duet Ada i Korda był już tylko żałosnym odcinaniem kuponów od dawnej popularności (jedyny przebój to Masz u mnie plus), chałturą i graniem do kotleta. Śmierć Pani Adriany, w 1991 roku wskutek ran odniesionych w wypadku samochodowym, w czterdziestym siódmym zaledwie roku życia, zamknęła ten rozdział polskiej muzyki drugiej połowy XX wieku.
W niedzielę przeczytałem wywiad z Anią Rusowicz, córką Ady, w Wysokich Obcasach (dodatku do Gazety Wyborczej), w środę miałem okazję zobaczyć jej koncert, wczoraj kupiłem debiutancką płytę.
Urodę odziedziczyła po mamie, nogi ma chyba jeszcze ładniejsze – to już niebagatelne argumenty, choć niemerytoryczne, dla męskiej części melomanów.
Matkę wyniosła do rangi świętej, to zrozumiałe, miała siedem lat, gdy ją straciła. Ojca podsumowała jednym bezlitosnym zdaniem – że w 1991 roku zniknął z jej życia. Pięknie mówiła o muzyce, tej starej, z lat 60. właśnie, o swoich z nią – i piosenkami mamy – zmaganiach.
Dwa dni temu przekonałem się, że głos – podobnie jak uroda – to cała mama. Bezpretensjonalna, pełna ciepła konferansjerka, dziewczęcy wdzięk – to kolejne atuty.
Ale przede wszystkim: muzyka. Stare instrumenty – klawisze, bas, perkusja – stare patenty na piosenki, bardzo zgrabne pomieszanie repertuaru mamy z własnymi, oldskulowymi propozycjami. Bardzo dobry warsztat, profesjonalne podejście do pracy, ochota do działania przynależna tym, którzy dopiero walczą o swoje miejsce w branży. Żadnych kompromisów – choć był to koncert zamknięty, muzycy nie odpuścili sobie i publiczności ani trochę, prawie godzina grania, świetne, improwizowane w stylu The Doors, partie instrumentalne.
Bardzo ostrożnie podchodzę do zakupów nowej polskiej muzyki, bo często po paru latach nie za wiele z niej zostaje. Lecz właśnie – czy to jest nowa muzyka? Jako coraz większy fan lat 60. wychwytuję z radością te wszystkie patenty brzmieniowe, aranżacyjne – przede wszystkim The Doors, których duch unosił się nad sceną, ale także Hendriksa, Free, Creamów (White Room) i cytat z Hush Deep Purple na końcu koncertu. Całość niesłychanie zgrabnie podana, zagrana z dużą kulturą muzyczną.
Płyta jest podobna, brak na niej tylko tych rozbudowanych partii instrumentalnych. Wyróżnia się na niej szczególnie kawałek Chciałabym w klimacie The End (zachwycił mnie już na koncercie) i świetna, rock’n’rollowa wersja Za daleko mieszkasz miły, ale całość jest naprawdę bardzo równa. Granie szlachetne i przebojowe zarazem. Czterech facetów i frontmenka w mini przywodzą na myśl Jefferson Airplane z Grace Slick, holenderski Shocking Blue (pamiętany za sprawą przeboju Venus), oczywiście Niebiesko-Czarnych i Breakoutów z Kubasińską.
Życzę Pani Ani wszystkiego najlepszego. Ufam, że starczy talentu, by pisać kolejne, równie dobre piosenki w tym stylu. Że uda się zdobyć fanów – starych i młodych. Hasło „muzyka łączy pokolenia” w tym przypadku może sprawdzić się bardzo dosłownie. Łzy wzruszenia cisną się do oczu, nostalgia za starymi muzycznymi czasami ogarnia mnie zupełnie i wcale nie mam ochoty uwalniać się od tych emocji.
Należałoby jeszcze napisać parę słów o tytule płyty: Mój big-bit. Chyba nigdzie poza Polską termin bigbit nie jest czytelny. Ponieważ import zza żelaznej kurtyny hasła rock and roll bardzo nie podobał się ówczesnej władzy, Franciszek Walicki, guru, ojciec opatrznościowy tej muzyki w Polsce, ukuł wyżej wymieniony termin.
Ania Rusowicz wraca do tamtej muzyki – do muzyki wykonywanej przez jej mamę i całe pokolenie lat 60. Swoje muzyczne pomysły także realizuje w tym duchu – i efekt jest naprawdę dobry. Oby tak dalej.
styczeń 2012
*
Życie szybko dopisało kolejny rozdział w krótkiej przecież, póki co, karierze artystki. Stała się ona, obok Zakopower, największą beneficjentką tegorocznych Fryderyków. Otrzymała aż cztery statuetki: jako najlepsza wokalistka, za popowy album roku, fonograficzny debiut roku i za produkcję – wspólnie z Kubą Galińskim. Chyba powinnam dziś zakończyć karierę – powiedziała szczęśliwa. Poprzeczka rzeczywiście została zawieszona bardzo wysoko.

*